Opowiadanie inspirowane jest anime Kuroko no Basuke!

Wejść na bloga (Od 20.07.2012r.)

piątek, 10 czerwca 2016

SIEDEM LAT - Brakujący Element


7
Rozdział dodatkowy
7 srebrnych lat!
Ten rozdział to jeden z siedmiu części jakie pojawią się wkrótce na moich blogach z okazji 7 lat pisania opowiadań! Oto harmonogram:
Dzień 1 – PiR - Przeprowadzka
Dzień 2 – BE Drużyna Cyrusa
Dzień 3 – DS
Dzień 4 – GCz
Dzień 5 – 8C
Dzień 6 – Ukryty Epilog
Dzień 7 – ? ? ?




 DRUŻYNA CYRUSA






KWIECIEŃ 2012


            Na boisku pojawiłem się jako pierwszy, co było przynajmniej dziwne, bo miałem w zwyczaju się spóźniać. I gubić. Istniała też szansa, że pomyliłem dni. Wyciągnąłem komórkę z kieszeni, aby upewnić się, że nie nastąpiła żadna pomyłka.
            Nie. Byłem na miejscu. I o czasie.
            – Wychodzi na to, Leo, że trochę poczekamy – rzuciłem do psa, który z wielką tęsknotą oglądał się na zacienione miejsce. Pamiętając, że może być dla niego dzisiaj za ciepło, szybko skierowałem się w upragniony cień drzew. Odpiąłem jego smycz, a on spojrzał na mnie z wdzięcznością i ułożył się na chłodnej trawie. Przez moment obserwowałem go i próbowałem w nim dojrzeć tego małego szczeniaka, którego znalazłem w parku. Teraz już miał kilka miesięcy i rósł nadzwyczaj szybko. Już nie mogłem go nosić w bluzie czy w torbie, ale najwidoczniej Leo widział to nieco inaczej. Nie zliczę ile razy próbował wejść do torby (chociażby dzisiaj), abym go niósł.
            Nie chcąc marnować czasu, wyciągnąłem piłkę do koszykówki i ruszyłem na boisko. Odbiłem ją kilka razy, delektując się dźwiękiem, a potem stanąłem pod koszem. Przypominając sobie wszystko czego uczył mnie Marek, spróbowałem rzucić. Nie trafiłem.
            Westchnąłem ciężko i spróbowałem jeszcze raz.
            Miałem dziesięć minut dla siebie nim usłyszałem czyjeś kroki i rozbawione głosy. Na ścieżce prowadzącej do boiska zauważyłem Filipa i Dawida. Filip jak zwykle dużo mówił i gestykulował przy tym, prawie wybijając oko przyjacielowi, a Dawid śmiał się, kręcąc głową.
            – … wtedy mówię, że „sama wyglądasz jak smok” – dokończył Filip, a Dawid o mało co nie złożył się w pół ze śmiechu. – Dopiero po sekundzie dotarło do mnie jak to zabrzmiało!
            – O Boże, stary! Ha, ha! Jesteś idiotą!
            – To nie koniec! – zapewnił Filip. – Ona na to „co proszę?”, a ja „daj spokój, smoki są majestatyczne”. Zrobiła się cała czerwona na twarzy, a ja mrugnąłem do niej i spytałem „zaraz zioniesz?”. Nie muszę mówić, że shake truskawkowy wylądował na moim nowym cardiganie, prawda?
            – Człowieku, kompletnie nie umiesz rozmawiać z laskami! Lepiej nic nie mów, tylko pokazuj swoją piękną buźkę.
            – Jest piękna, to prawda. Jednak ten cardigan… O, Natanek! – Zatrzymali się nagle przede mną i podskoczyli. – Nie zauważyłem cię.
            – Z tego co opowiadałeś, nie zauważyłeś również swojej głupoty podczas spotkania z tą dziewczyną – oceniłem. Dawid parsknął śmiechem.
            – Nieładnie, Nat! – jęknął Filip.
            Przywitaliśmy się uściskiem dłoni i musiałem zakończyć swój mały trening. Dawid przywitał się z jeszcze z Leo, a Filip poprawił swoje włosy, przeglądając się w swojej komórce. Czekając na resztę, rzucaliśmy do kosza od niechcenia, opowiadając sobie mniej więcej o swoich planach na studia i sposobach nauki do matury.
            O ile jak i Dawid po prostu uczyliśmy się z książek i rozwiązywaliśmy arkusze próbne, o tyle Filip miał nieco bardziej niekonwencjonalne podejście.
            – Rano piję specjalną herbatę z ziół, która pomaga się skupić. Śniadanko bez glutenu, a następnie szybki trening ciała. Kilka podciągnięć i takie tam. Siadam i wkuwam przez trzy godziny, przerwa na shake proteinowy i wracam do nauki. Ostatnio wytrzymałem osiem godzin – pochwalił się. – Po tym pół godziny medytacji i mam czysty umysł i mogę uczyć się dalej.
            – Jesteś świrem – skomentował Dawid.
            Chwilę później pojawili się Cyrus, Ariel i Gabriel. Na widok tego ostatniego poczułem ciepło w okolicach serca. Uśmiechnęliśmy się do siebie i przywitaliśmy się „żółwikiem”. Nie powinienem się tak ekscytować na jego widok, ale przyjemnie wspominałem nasz niedawny pocałunek na boisku do koszykówki, gdzie prawie musiał mnie unieść, aby udało mi się dosięgnąć jego ust. Choć wiedziałem, że to niemożliwe, poczułem nagle przyjemny, zdwojony ciężar srebrnego puzzla na błękitnej bransoletce.
            Na szczęście nikt nie zauważył naszych czułych spojrzeń, bo Filip od razu zajął się kapitanem.
            – Kapcio Cytrus! Wyglądasz dorodnie! Słoneczko ci służy – zapiał, gładząc włosy kapitana. – To już czas, gdy cytrynki dojrzewają, prawda?
            – Filipie – powiedział spokojnie Cyrus. – Zarobiłeś dwadzieścia okrążeń.
            – Aj, kwasek jak zawsze! – Filip pokręcił bezradnie głową. – Przestaniesz kiedyś być sztywniakiem? Może w końcu powinieneś sobie pozwolić na jakiś orgazm?
            – Dwadzieścia pięć okrążeń.
            – Miało być dwadzieścia!
            – Słucham? Trzydzieści?
            Filip wzdrygnął się i posłał Dawidowi smutne spojrzenie. Niewzruszony przyjaciel nie wsparł go i Filip przystąpił do biegu, żegnając nas teatralnym westchnięciem.
            – Skoro już pozbyliśmy się tej irytującej katarynki – zaczął Cyrus, a my zachichotaliśmy.
            – Słyszałem! – krzyknął Filip.
            – Na kogo jeszcze czekamy? – kontynuował Cyrus.
            – Na Marka – powiedziałem.
            – I Roksanę – dodał Ariel.
            – Roksana się spóźni. Była umówiona ze znajomaą, ale dotrze w międzyczasie. Co do Marka… – Rozejrzał się. – To nie w jego stylu się spóźniać. Aż tak – dodał. – No dobrze, skoro i tak jest już nas większość, myślę że przynajmniej możemy zrobić jakąś rozgrzewkę.
            Po pięciu minutach intensywnej rozgrzewki Cyrusa żałowałem, że nie leżę z Leo pod drzewem, w chłodnym cieniu. Dzień był coraz cieplejszy, a z nieba znikały ostatnie chmury. Rozgrzanie ciała zasadniczo wpływało na rozgrzanie emocjonalne, gdy co jakiś czas zerkałem na rozciągającego się Gabriela. Jak można było tak dobrze wyglądać w spodenkach do kosza?
            – Jestem! – Z wyjątkowo kosmatych myśli wyciągnął mnie dobrze mi znany głos. Już chciałem się uśmiechnąć do Marka, gdy mnie zamurowało. Mojemu przyjacielowi towarzyszył jego inny przyjaciel.
            Bazyli wyglądał na kogoś kto od niechcenia ubrał się jak model. Szedł u boku Marka, uśmiechając się szeroko na widok mojej twarzy. Natychmiast się opamiętałem, nie chcąc mu dać żadnej satysfakcji. Doskonale pamiętałem o jego białym notesie.
            – Marek. I Bazyli. – Cyrus zmrużył oczy. Tak bardzo imponował i cieszył mnie fakt, że od jakiegoś czasu również i Cyrus zaczął podchodzić z ostrożnością do uwielbianego przez wszystkich Bazylego. W ciągu sekundy przeniósł spojrzenie na Marka, jakby próbował zbadać na jego ciele jakiekolwiek obrażenia. – Nie wiedzieliśmy, że będzie nas ósemka.
            – Wpadłem na Bazylego przypadkiem – wyjaśnił Marek, naiwnym tonem. Już od jakiegoś czasu wiedziałem, że cokolwiek dotyczyło Bazylego nie działo się przez przypadek. – Powiedział, że ma wolne popołudnie, więc z chęcią z nami spędzi czas.
            – Myślałem, że wolisz siatkówkę – stwierdził Dawid, gdy nowoprzybyli witali się ze wszystkimi uściskami dłoni.
            – I to się nie zmieniło – przyznał. – Ale moja drużyna już wygrała mistrzostwo województwa. Duma, chwała i te sprawy – rzucił lekko, jakby chwała spływała na niego codziennie. – Ach, Nataniel! – Uścisnął mi mocno rękę. – Mój ulubiony z darów Boga.
            Posłałem mu ponure spojrzenie, a Gabriel stanął tuż obok, patrząc groźnie na Bazylego. Oni nie uścisnęli sobie dłoni.
            – Jak tam wam idą w s a d y? – dodał kropelkę jadu do pytania. – Chociaż z tego co się o r i e n t u j ę to raczej Gabriel robi te wsady, prawda? Ty, Natanielu, raczej przyjmujesz piłki…
            – Dziękujemy za skrót naszych umiejętności – odpowiedziałem spokojnie. – Jednak twoje przebijają wszystkich na głowę. Koniec końców trzeba mieć sporo talentu, aby móc jednocześnie mówić i chodzić, nie potykając się o własne ego.
            Marek zaśmiał się cicho, a Bazyli obdarzył mnie sztucznym uśmiechem, udając że mój żart zaliczył do „przednich”.
            – Koniec rozmów – oznajmił Cyrus. – Pora trochę pograć. Grasz? – zapytał, kierując to pytanie do Bazylego. Pokręcił głową.
            – Nie chcę wchodzić w drogę tak wspaniałym Cudom – powiedział uprzejmie. – W końcu przygotowujecie się do mistrzostw. Chciałem tylko popatrzeć.
            Po czym obrócił się na pięcie i pomaszerował w stronę Leo. Mniej więcej w tym samym czasie Filip kończył swoje karne biegi.
            – Uff, to była dopiero rozgrzewka – stwierdził, ocierając pot z czoła.
            – Nie zrobiłeś pięciu okrążeń – oznajmił spokojnie Cyrus, podbijając piłkę stopą, aby po chwili mieć ją w dłoni. – Za karę zrobisz jeszcze dziesięć.
            – Ale…! – zaczął Filip. – Kiedy ja…! Kiedy ty…?!
            Cyrus spojrzał na niego swoim „Cyrusowym spojrzeniem” i Filip jakby stał się o kilkanaście centymetrów niższy. Gdy on wrócił do biegania, Cyrus podzielił nas na dwie drużyny. Byłem z kapitanem i Gabrielem przeciwko Markowi, Arielowi i Dawidowi. Próbowałem się skupić na tym co się dzieje na boisku, ale kątem oka dostrzegłem jak Bazyli, pochłonięty własnymi myślami, głaszcze Leo. Nie podobało mi się to, że bawi się z moim psem.
Moim. Psem.
            – Nie dajmy się mu sprowokować – szepnął Gabriel, kucając obok mnie i udając, że wiąże sznurówkę. – Chce nas wyprowadzić z równowagi.
            – Jak Marek może się z nim przyjaźnić? – zerknąłem na mojego przyjaciela. Rozciągał się i rozmawiał o czymś z Arielem, uśmiechnięty od ucha do ucha.
            – Też byłeś jego przyjacielem – zauważył Gabriel. – Hej, Natan. – Spojrzałem na niego. – To nasz dzień, nie? Koszykówka i przyjaciele. Niech on go nam nie zepsuje – zaproponował z uśmiechem.
            Skinąłem głową i ponownie przybiliśmy sobie żółwiki. Dostrzegłem, że obok Cyrus uśmiecha się delikatnie pod nosem.
            – Zaczynajmy! – oznajmił.
           
***

            Koszykówka pochłonęła nas prawie na trzy godziny i dopiero po tym, wszyscy zmęczeni, spoceni i odwodnieni stwierdziliśmy, że już czas, aby wrócić do domów. Cyrus upomniał nas, że trzeba pamiętać o odpoczynku po tak intensywnym treningu.
            Czułem jak moja skóra zaczyna mnie piec. Wychodziło na to, że za bardzo wystawiłem się na działanie słońca. Chyba wszyscy, poza Dawidem, mieli ten problem. On jedyny wyglądał teraz na przyjemnie opalonego.
            – Czekoladka – zamruczał Filip.
            – Masz wysuszoną skórę – odpowiedział Dawid, doskonale wiedząc jak odciąć się przyjacielowi. Filip złapał się za serce.
            – Ej, szkoda tak ładnego wieczora! – ocenił Marek, ocierając czoło żółtą frotką. – Powinniśmy iść gdzieś na miasto!
            – Wszyscy jesteśmy spoceni – zauważył rozsądnie Ariel. – Nie czuję się komfortowo…
            – W takim razie każdy niech pojedzie do siebie, ogarnie się, a potem spotkamy się na mieście – zaproponował Marek. – Co wy na to? Chodźcie! Zrelaksujemy się i to w dobrym towarzystwie. Zasłużyliśmy na to.
            Cyrus wyglądał na zainteresowanego, aż w końcu skinął głową.
            – To dobry pomysł – powiedział w końcu, a Marek wystrzelił dłonią w powietrze. – O ile macie czas, zrobimy tak jak zasugerował Marek. Pójdziemy nad Wisłę.
            – I o to chodzi!
            Uśmiechnąłem się. Optymizm Marka zawsze wpływał na nas pozytywnie. Skinąłem głową i spojrzałem na Gabriela.
            – Wybierasz się?
            – Kurczę… Nie wiem jak z Olgą – wyznał i spojrzał na zegarek. – Może udałoby się namówić ciocię, abym odebrał ją nieco później…
            – Może iść z nami – zauważyła Roksana, podchodząc do nas. W trakcie naszych koszykarskich emocji nie dostrzegliśmy od razu, gdy usiadła obok Bazylego. – Wiem, wiem – Wywróciła oczami, gdy popatrzyliśmy na nią dziwnie. – Ale Gabriel też ma swoje obowiązki. A jako drużyna powinniśmy go wesprzeć, prawda?
            – Ale jeżeli ona pójdzie z nami… – jęknął Filip – to oznacza, że nie będziemy mogli pić i przeklinać.
            – I tak wam nie pozwalam pić i przeklinać – zauważył Cyrus.
            Marek spojrzał na niego rozbawiony.
            – Przypomnę ci ośrodek sportowy w lutym, dobrze?
            Wszyscy zachichotali, a Cyrus zachował kamienny wyraz twarzy. Roksanie błysnęły oczy.
            – Co się stało podczas wyjazdu? – zapytała. – O czymś nie wiem? Cyrus p i ł alkohol?
            Kapitan zamknął oczy i westchnął lekko.
            – Mogło się wydarzyć tak, że niechcący wypiłem dwa piwa…
            – Cyrus! – wykrzyknęła Roksana rozbawiona i zirytowana. – A mi zabraniasz!
            – Bo jesteś moją młodszą siostrą. Nie mogę pozwolić na to, abyś piła alkohol.
            – Och, Cyrusku, skarbie… – Pokręciła głową, rozbawiona. Jej brat drgnął.
            – Zaraz. Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że już…? – Zamrugał oczami, szczerze poruszony. – Nie masz osiemnastu lat!
            – Ach, rodzinne dramaty. – Filip objął ramieniem Cyrusa i Roksanę, uśmiechając się szeroko. – Ewa Drzyzga byłaby z was dumna, ale teraz pora na podjęcie ważniejszej decyzji. Jeżeli pozwolimy tej małej iść z nami nad Wisłę, pozna brutalny świat dorosłych. Czy chcemy wystawiać jej, ach jakże biedną, duszyczkę na te pokusy?
            – Mówisz jakby miała zostać przestępcą – zauważyłem, gdy rodzeństwo wyswobodziło się z objęć Filipa. – Ostateczna decyzja i tak należy do Gabriela.
            Wszystkie spojrzenia padły na mojego chłopaka, a on się zmieszał. Nigdy nie przepadał za byciem w centrum uwagi.
            – Zastanowię się i dam znać – odpowiedział powoli. – O której i gdzie?
            – Myślę, że jak spotkamy się w centrum to stamtąd spokojnie będziemy mogli iść na piechotę do miejsca, które uznamy za odpowiednie – stwierdził Marek. – Idziesz z nami? – zapytał Bazylego, który również do nas podszedł, łowiąc uważnie każde słowo.
            – Nie, myślę że nie – odpowiedział dziwnie ponurym tonem, nawet jak na niego. – Wrócę do domu i porobię coś szalonego. Na przykład obejrzę wszystkie części Piratów z Karaibów w losowej kolejności, gubiąc się w fabule. Ach, meandry umysłu!
            – Jesteś pewien? – zapytał z troską Marek i wyczułem, że pod tym pytaniem kryje się kolejne, znane tylko tej dwójce. Bazyli przyglądał się chwilę Markowi swoimi złotymi oczami i wyglądał teraz na dziwnie rozdartego, by po chwili przywołać na twarz swoją zwykłą pewność siebie.
            – Pewien jak to, że złapałeś już wszystkie Pokemony – odpowiedział spokojnie, a Marek uśmiechnął się lekko. – Nerd – dodał po chwili. – Dobrze, moi drodzy. Muszę lecieć. Ciao – rzucił, machając niedbale ręką.
            Obserwowaliśmy go przez chwilę jak się oddala. Leo podbiegł do niego, aby się pożegnać (lub licząc na kolejną porcję drapania za uchem). Bazyli zawahał się, wpatrując się w husky. Nie każdy mógł to dostrzec, bo reszta drużyny wróciła do uzgadniania miejsca spotkania, ale na twarzy Bazylego pojawiło się coś na wzór smutku. Gdybym go nie znał, pomyślałbym, że rzeczywiście potrafi to czuć, ale bogatszy o wiedzę na temat jego przeszłości, doskonale wiedziałem o którym innym właścicielu husky pomyślał.
            Prawdopodobnie na to wszystko zasłużyłeś, Bazyli, pomyślałem, nie poznając się za własną mściwość.
            Bazyli pogłaskał Leo i przyspieszył kroku. Zniknął za drzewami.

***

            Dwie godziny później, umyty i ubrany o niebo lepiej, słuchając lamentów mamy na temat tego jaki jestem nieodpowiedzialny, że nie smaruję się filtrem przeciwsłonecznym oraz że nie przygotowuję się odpowiednio do matur, dotarłem na miejsce spotkania. Tym razem jako ostatni.
            Gabriel jednak zostawił Olgę u cioci, ale najwidoczniej uznał to za najlepsze rozwiązanie. Poza tym, musiałem się trochę z nim zgodzić, bo gdy tylko przyszedłem Filip, prawdopodobnie nie pytany przez nikogo, opowiadał o punktach erogennych kobiet.
            – Tak więc, Kapciu, jeżeli chcesz tak naprawdę zadowolić kobietę, musisz być zwinny i elastyczny – mówił tonem znawcy. – Oczywiście, dobry wygląd nie przeszkadza, więc może powinieneś zrobić coś z tymi włosami…?
            – Filipie – zaczął spokojnie Cyrus, oparty plecami o okrągły budynek rotundy. – Proponuję, abyś się uciszył.
            – Robię to dla twojego dobra.
            – A dla swojego własnego, ucisz się – oznajmił Cyrus i uniósł wzrok. – Ach, jest i Nataniel.
            – Przepraszam za spóźnienie. Zgubiłem się w metrze… – westchnąłem, przypominając sobie swoje zagubienie sprzed dziesięciu minut. – A potem w przejściu podziemnym.
            – Ha, ha! – Marek roześmiał się wesoło. – Narysowałem ci nawet mapkę!
            Uniosłem mapkę.
            – Nie zaznaczyłeś północy – odpowiedziałem ponuro.
            Marek prawie upadł na kolana ze śmiechu.
            Gdy tylko się w miarę pozbierał (choć co chwila chichotał nawet jak już szliśmy), skierowaliśmy się w stronę Wisły. Co poniektórzy z nas kupili sobie po piwie, na co zezwolił nawet Cyrus, chociaż on sam wziął schłodzoną herbatę. A potem, zanosząc się śmiechem, przekrzykując się jeden przez drugiego, powodując niemały hałas (głównie robiąc zdjęcie przy palmie), dotarliśmy nad rzekę, schodząc przy moście Poniatowskim.
            Zasiedliśmy prawie naprzeciwko nowo wybudowanego Stadionu Narodowego, który wręcz krzyczał, że za nieco ponad miesiąc rozpocznie się w Polsce Euro 2012. Ludzi dookoła było naprawdę sporo, a przez to i gwarno.
            Czułem się dobrze będąc w tej grupce. Nie odzywałem się za dużo, ale uśmiech prawie nie znikał z moich ust. Filip cały czas gadał, Dawid go uprzejmie gasił, z wyćwiczoną precyzją. Marek ekscytował się wszystkim co się działo dookoła i coraz bardziej przypominał mi Świętego Mikołaja na haju po dobrym seksie. Piwo mu w tym pomagało.
            Gabriel raczej też się nie odzywał, ale co jakiś czas wtrącał się do rozmowy. Nad nami wszystkimi górował Ariel, skupiając na sobie wzrok wszystkich przechodniów. Cyrus co jakiś czas upominał Filipa, aby był ciszej.
            Nie mogłem uwierzyć, że jestem jednym z nich. Jednym z Cudów. Elementem tej wspaniałej drużyny, która teraz wcale nie przypominała tych zajadłych, walecznych, gotowych na zwycięzców, młodych mężczyzn. Relaksowaliśmy się. To było wspaniałe doświadczenie.
            W pewnym momencie, gdy wszyscy byli pochłonięci rozmową na temat przyszłego meczu, odezwał się telefon Cyrusa.
            – Kapciu, mój Kapciu. – Filip natychmiast się do niego przysunął. – Dziewczyna? Oblubienica?
            – Jesteś okropny – skomentowała Roksana. – Czy ty myślisz tylko o jednym?
            – Jestem facetem.
            – Jesteś prostakiem – skitowała.
            Cyrus uśmiechnął się pod nosem i odpisał na wiadomość.
            – A może to ta Bianka! – Filip się nie poddawał.
            – Nie, Filipie. To nie Bianka – odpowiedział uprzejmie Cyrus. – Swoją drogą, skoro tak lubisz mówić o dziewczynach, może przypomnisz nam wszystkim co się stało z tą uroczą koleżanką, którą zaprosiłeś na studniówkę? Utrzymujecie kontakt, czy po tym jak uznała cię za świnię i oblała oranżadą stwierdziłeś, że może pora zmienić swoje zachowanie?
            Wszyscy ryknęli śmiechem, a Filip zmrużył oczy.
            – Poniżej pasa, Cytrusku. Poniżej pasa.
            – Jestem pewien, że tam właśnie celowała, gdy próbowała cię znokautować swoją torbą – przyznał Cyrus. To sprawiło, że Dawid padł na kamienny schodek i nie mógł wstać przez kolejnych kilka minut.
            Wyszczerzyłem zęby. Cyrus przeszedł do pozycji ataku.
            – Co w ciebie wstąpiło, Cytrynko?! – jęknął Filip.
            – Nie rozumiem o co ci chodzi – odpowiedział Cyrus, udając, że strzepuje z jeansów jakiś pyłek. – Chociaż to ciekawe pytanie i chciałbym je zadać i tobie, jedynie dopytując: co w ciebie wstąpiło, gdy myślałeś, że mówienie do dziewczyny per „smok” to dobry pomysł?
            Roksana prawie wypluła swoje smakowe piwo.
            – Zrobił, CO?!
            Filip wyglądał na takiego co ma zamiar się zaraz rozpłakać.
            – Lepiej nie podskakuj kapitanowi. – Ariel położył mu swoją dużą dłoń na ramieniu. – Dobrze wiesz, że nie wygrasz.
            – Nie! Bez walki się nie poddam – stwierdził Filip, odzyskując wigor. – Kapciu, dlaczego nie masz dziewczyny? Może chciałbyś nam coś powiedzieć? – Filip wyszczerzył zęby. – Może wolisz jak ktoś ma ptaszka?
            Ja i Gabriel wymieniliśmy się szybko spojrzeniami. Mięśnie mi zesztywniały. Marek upił dłuższy łyk.
            – Sugerujesz, że jestem gejem? – zapytał Cyrus, patrząc mu prosto w oczy. Zapadła cisza.
            – Eeee… – Filip zawahał się. – Ja… Cóż, to miał być taki pstryczek w twój cytrynowy nosek…
            – Chciałeś mnie tym obrazić? – dopytywał.
            – Jezu, mówisz tak dziwnie teraz… Jezu.
            – Nie rozumiem, Filipie, czemu miałbym się bronić przed czymś co wcale nie jest obraźliwe – stwierdził ostatecznie, bawiąc się butelką w dłoni. Podrzucił ją i złapał. – Nawet jeżeli, jak to czarująco ująłeś, wolałbym ptaszki, co byś z tym zrobił?
            – Eeeeeeee. – Filip wyglądał na kogoś kto ma ochotę rzucić się do rzeki i płynąć z jej prądem. – Dobra, sprawiłeś, że czuję się winny!
            – I słusznie – oznajmił Cyrus. – Ludzie są jacy są, Filipie i są o wiele gorsze rzeczy niż miłość. Nawet jeżeli jest to ta sama płeć.
            – Jezu, dobrze! – Filip pokręcił głową. – Okej. Masz rację. Przepraszam. Obiecuję postanowienie poprawy, czy coś takiego.
            Cyrus wyglądał na zadowolonego, a ja nie mogłem przestać się na niego gapić. Czy kapitan właśnie mnie wsparł? Od jakiegoś czasu podejrzewałem, że wie o mnie i Gabrielu, bo nie oszukujmy się, w końcu to był Cyrus, ale jego opinia sprawiła, że poczułem się o wiele lepiej. Prawie chciałem się wyoutować.
            Co za wspaniała osobowość.
            – Dobrze, potrzebuję kolejnego piwa, aby zmyć poczucie winy – westchnął Filip i sięgnął po następną butelkę.
            – Ta skaza zostanie już z tobą na zawsze – stwierdził Cyrus.
            – Kapciu!
            Wszyscy zaczęli się śmiać. Filip się poddał. Nikt nie mógł wygrać z Cyrusem.

***

            Nad Wisłą spędziliśmy kolejne dwie godziny, aż w końcu stwierdziliśmy, że jesteśmy zmęczeni. Zebraliśmy się w stronę centrum, skąd mieliśmy się rozejść. Na przedzie szedł Filip z Dawidem. Już mu wrócił dobry humor i opowiadał głośno o ostatnim filmie jaki widział, w którym grała jego ulubiona aktorka.
            Cyrus i Roksana trzymali się z tyłu i mówili o czymś przyciszonym głosem, ale moim ciekawskim uchem wyłowiłem takie słowa jak: Paryż, przyjazd, lato i coś w rodzaju imienia „Kacpar”.
            – Nat! – Nie usłyszałem reszty, bo koło mnie i Gabriela pojawił się Marek, susząc zęby. – Musimy się spotkać i wymienić pokami. Ostatnio odkryłem jak ewoluować jednego poksa i muszę go mieć.
            – Dobrze, Marek. Jutro mam czas, mogę wpaść.
            – Hm… No nie wiem. Jutro jestem umówiony z Bazylim – powiedział smutno. – Chciał o czymś pogadać, więc zakładam, że to coś pilnego. Sorry, Nat. Wiesz jaki jest Bazyli.
            Oj tak. Wiem. Ale czy ty wiesz, Marku?
            – Nie ma sprawy. Może w końcu wyrzyga cały ten jad, który w sobie ma.
            Marek uznał to za świetny żart, a ja wymieniłem się spojrzeniami z Gabrielem. Dlaczego Marek tak ufał Bazylemu? Nie potrafiłem tego zrozumieć, ale nie potrafiłem też przedstawić Markowi prawdziwej natury Bazylego. Czy zachowywałem się słusznie?
            W centrum rozjechaliśmy się do swoich domów. Razem z Gabrielem wsiadłem do metra i tym razem nawet się nie zgubiłem. Zajęliśmy miejsca w przedziale, całkiem pustym jak na tę godzinę.
            – To co dzisiaj powiedział Cyrus – zaczął Gabriel, a ja pokiwałem głową.
            – Wiem. Prawie mi szczęka opadła.
            – Myślisz, że on…?
            – O nas wie? – dokończyłem. – Przynajmniej się domyśla. Tak sądzę. Ale nie czuję się… zagrożony.
            – Przez naszego kapitana? Pewnie prędzej by sobie rękę odciął niż dał nas skrzywdzić – stwierdził Gabriel.
            Unieśliśmy wzrok i dostrzegliśmy nasze widmowe odbicia w szybie naprzeciw.
            – Cieszę się, że jestem częścią tej drużyny – powiedziałem.
            – Ja też.
            W przedziale było tak mało osób i zajęte były czymś innym, że zaryzykowaliśmy i się pocałowaliśmy.

***

            Bazyli obracał w dłoniach piłkę do siatkówki. Następnie uniósł wzrok i przyjrzał się wysokiemu chłopakowi, który stał przed nim. Wpatrywał się w niego uparcie.
            – Nie jestem w nastroju – powiedział Bazyli i oddał piłkę. – Doceniam starania, Mieszko, ale nie zmienię zdania. Według mnie nie nadajesz się do drużyny.
            Na twarzy Mieszka pojawił się grymas bólu.
            – Trenowałem cały rok.
            – Wiem to – westchnął Bazyli, chowając dłonie do kieszeni. – Widziałem. I nie twierdzę, że nie masz talentu, bo masz. Ale i tak nie nadajesz się do drużyny. Masz… bardzo agresywny styl gry. Nie obserwujesz swoich kolegów. Daleko ci do gry zespołowej. To tyle.
            Twarz Mieszka zrobiła się czerwona. Z całej siły uderzył piłką o asfalt i poleciała gdzieś daleko. Niewzruszony Bazyli jedynie zmrużył oczy, ale się nie poruszył.
            – Wypruwałem sobie żyły, Bazyli! Cały rok! – krzyknął. – Cały rok, aby tylko spełnić twoje chore oczekiwania!
            Bazyli nic nie powiedział.
            – Co mam zrobić, aby cię przekonać? Jestem dobrym graczem! Nadaję się do drużyny! Mam talent! Praca zespołowa? Załapię w mig, tylko daj mi szansę! Pozwól mi być częścią drużyny, zanim odejdziesz ze szkoły!
            – Nie.
            Mieszko oddychał ciężko.
            – Nienawidzę cię.
            Bazyli uśmiechnął się szeroko.
            – Nie ty jeden.
            – I co? Mam się poddać? Mam to wszystko rzucić, bo tobie się nie podoba mój styl gry?
            – To już twoja decyzja.
            Mieszko rzucił się na Bazylego, a ten zrobił unik i podciął mu nogę. Chłopak wylądował na asfalcie, krzycząc z bólu. Kapitan drużyny siatkarskiej przejechał wzrokiem po rozciągniętym na ziemi chłopaku. Ponownie krzyknął, ale tym razem z innego powodu. Gdy do uszu Bazylego dotarło łkanie.
            – Nie będziesz w mojej drużynie – powtórzył dobitnie Bazyli. – Nie będę cię rekomendował.
            – I tak już odchodzisz – syknął Mieszko.
            – Tak. Odchodzę – przyznał Bazyli, a słowo to wydawało mu się nadzwyczaj ciężkie. – Siatkówka nie jest sportem dla ciebie. Spróbuj… nie wiem, szachy?
            – Pieprz się!
            Bazyli wzruszył ramionami i odszedł, zostawiając łkającego chłopaka na boisku. Miał w planach jeszcze kilka takich bolesnych pożegnań.