Opowiadanie inspirowane jest anime Kuroko no Basuke!

Wejść na bloga (Od 20.07.2012r.)

sobota, 28 lipca 2012

Rozdział 8 - Przyjaciele

Rozdział 8 – Przyjaciele



            - W czwartek mamy najbliższy trening – wyjaśnił Marek, gdy schodziliśmy po schodach. – Kapitan prosił, abym cię poinformował.
            - Jasne, dzięki – skinąłem głową. – Problem polega na tym, że szlaban wcale mi się nie skończył. Nie wiem czy mnie puszczą…
            - Powiedz im, że mistrz Makarov cię wezwał – wyszczerzył zęby. Westchnąłem.
            - Oni nie przepadają za anime.
            - Serio? Boże, a o czym z nimi gadasz?
            To pytanie mnie zaskoczyło. Prawdę mówiąc rozmawiałem z rodzicami… rzadko. Powiedziałbym, że zaniedbujemy relacje rodzice-syn. Inna sprawa, że często ich nie było w domu bo praca stawała się coraz bardziej czasochłonna. Nie przeszkadzało mi to. Lubiłem mieć puste mieszkanie dla siebie. Jednak zawsze w weekend byli w domu, ale po prostu przenosili pracę. Dlatego widok tej dwójki z laptopami na kolanach w salonie nie był niczym nowym.
            - Wiesz… o pogodzie.
            Marek pokręcił głową.
            - Chyba musisz wpaść do mnie zobaczyć jak naprawdę powinno się rozmawiać z rodzicami.
            - Erm… z tego co słyszałem masz dużo rodzeństwa. Nie wiem czy to nie będzie kłopot.
            Machnął ręką.
            - Skąd! Moja mama uwielbia gości. Wezmę też Bazylego, aby ci nie było smutno.
            - Dobra.
            - To dzisiaj po szkole u mnie! – uniósł zamkniętą dłoń w geście triumfu.
            - Dzisiaj?! Przecież ci mówiłem, że szlaban…!
            - Powiesz, że robimy projekt.
            - Mam kłamać? I to ma mi pomóc w naprawianiu relacji z rodzicami?
            Marek zaśmiał się.
            - Racja. Ale i tak wpadnij. Bazyli! – krzyknął. Chłopak uniósł złote oczy znad swojego notesu i przyjrzał się nam.
            - Z roku na rok robisz się coraz głośniejszy – westchnął zamykając notes i chowając go do kieszeni. Od pewnego czasu zacząłem się zastanawiać co znajduje się w tym białym zeszycie. Widziałem, że Bazyli często coś w nim notuje, skreśla i rysuje. Jednak nigdy nie miałem okazji dostrzec co tak pochłania jego uwagę, a wypytywać było głupio. Mimo, iż zjadała mnie ciekawość to wstrzymałem się od zadawania pytań.
            - Przychodzisz dzisiaj do mnie?
            - Zależy co ma w planach twoje rodzeństwo.
            Marek wyszczerzył zęby.
            - Nic takiego, nic takiego! Ostatnio pomalowali mu policzki markerem – wyjaśnił. Uśmiechnął się na wspomnienie tego wydarzenia.
            - Na policzku przez tydzień miałem gwiazdkę.
            Zaśmiałem się.
            - Natan też idzie – dodał.
            - Naprawdę? Myślałem, że masz szlaban za należenie do sekty i wracanie po nocy!
            - Nie należę do żadnej sekty – warknąłem.
            Co innego, że przez ostatnie dni w mojej głowie pojawiła się wizja należenia do samorządu uczniowskiego. Wiedziałem, że było to niemożliwe ze względu na głosowanie i kadencje, ale w nocnych snach dostrzegałem siebie na korytarzach szkoły z biało-niebieską opaską na ramieniu. Potem czułem się trochę jak zdrajca, wiedząc, że moja paczka nie przepada za tym organem. Ale z drugiej strony – przydałby się tam ich człowiek. No i Bazyli kiedyś należał do samorządu.
            - Bazyli – spojrzałem na niego.
            - Hm?
            - Należałeś do samorządu, prawda?
            Skinął powoli głową, mrużąc oczy.
            - Tak.
            - Jak było?
            Zastanowił się chwile ostrożnie dobierając słowa.
            - Trochę nudno. I ograniczone pole działania. I te cholerne opaski…
            - Co w nich złego?
            - Nie można nawiązywać normalnie kontaktów, gdy idzie się ze złotym „SU” na ramieniu. Wszyscy od razu uważają cię za ważniaka.
            - Ale ty jesteś ważniakiem – zauważył Marek.
            - Tak, ale nie każdy musi od razu wiedzieć. Lubię mieć swobodę w poznawaniu ludzi.
            Bronił się jak mógł, ale czułem, że ukrywa jeszcze coś. Prawdziwy powód wystąpienia z samorządu. Jakikolwiek by on nie był, Bazyli zmienił temat. Idąc dalej korytarzem trafiliśmy na małe zamieszanie. Na drugim piętrze doszło do bójki. Oczywiście uczniowie zamiast rozdzielić walczących, stali w kręgu i kibicowali. Musiałem stanąć na palcach, aby móc dostrzec cały ten pojedynek. Biło się dwóch chłopaków, prawdopodobnie pierwszoklasistów. Z tym, że jeden był łysy, wyższy i wyglądało na to, że wygrywał.
            - Odsunąć się! – usłyszałem za sobą władczy głos. Ledwo zdążyłem umknąć przed twardymi krokami drobnej, ale wysokiej dziewczyny. Miała czarne włosy, spięte w koński ogon i zielone oczy skryte za okularami. Wyglądała jak żeńska wersja Harry’ego Potter’a. Od razu w oczy zaświeciły mi złote literki „SU”. To musiała być wiceprzewodnicząca…
            Zaraz za nią radośnie podskakiwała Flora i dreptał Kacper. Ten ostatni skinął głową w naszym kierunku i z dłońmi w kieszeni skierował się za całkiem żywymi przyjaciółkami.
            Nie wiem czemu tak pomyślałem, ale wydawało mi się, że samorząd uczniowski tworzył zgraną paczkę przyjaciół.
            - Dosyć! – krzyknęła wice. – Rozejść się! Kacper!
            - Tak jest – westchnął i podbiegł do tego starszego chłopaka. Profesjonalnie złapał go pod ramionami i odsunął z siłą o jaką bym go nie posądzał.
            - Też chcesz w ryj?! – ryknął osiłek.
            - Zachowuj się – odparł Kacper.
            - Wszystko w porządku? – Nad mniejszym z chłopaków, który teraz klęczał i pluł krwią pochyliła się Flora. – Och, krwawisz!
            - Co to za zachowanie? – krzyknęła wice. Jej głos był silny i władczy. Trochę przerażający. Spojrzała z siłą błyskawic na obezwładnionego wyższego. – Znasz szkolny regulamin? Nie można się bić!
            - Jebie mnie szkolny regulamin!
            - Przeklinać też nie można! Zwłaszcza w obecności kobiet, niewychowany smarkaczu – skarciła go. – Flora. Poproszę o informację.
            - Cóż… - Dziewczyna przyłożyła palec do policzka. – Ten pobity to chłopak z pierwszej „d”. Kamil. Raczej cichy i skromny. Z kolei też wyższy to Tomek z klasy pierwszej „c”. W gimnazjum stracił mamę i od tego czasu zachowuje się agresywnie próbując zwrócić na siebie uwagę. Dalej się z tym nie pogodził – westchnęła. Tłum zamarł. – Ach. I już jest w naszej kartotece za rysowanie po ławkach.
            Chłopak przestał się wierzgać. Podobnie jak mi, opadła mu szczęka.
            - Tomek z pierwszej „c” – powtórzyła wice jakby to był najważniejszy detal tej całej wypowiedzi. – Flora zaprowadź Kamila do pielęgniarki.
            - Dobrze – skinęła głową i pomogła wstać rannemu.
            - Tomek. Razem ze mną i Kacprem pójdziesz do pani dyrektor – rozejrzała się po tłumie. – Rozejść się! Nie ma tu nic ciekawego do oglądania!
            - Jasne – syknął Bazyli. – Samorząd uwielbia mieć publikę.
            Uczniowie powoli się rozchodzili. Niektórzy byli zaskoczeni przebiegiem sprawy tak jak ja, a inni wyglądali na przyzwyczajonych do tego typu sytuacji. Idąc dalej korytarzem zastanawiałem się nad tym co zobaczyłem. Ich interwencja bardzo mi się podobała. Przerwali bójkę i sprawnie wszystko osądzili. Jedynie ogłaszanie faktów z czyjegoś prywatnego życia trochę mnie odtrąciło.
            Zacząłem myśleć – co wiedzą o mnie? Zabrzmiało to jak obawy obywatela totalitarnego państwa, ale naprawdę się przestraszyłem. Wiedzieli, że jestem gejem? Ta słodko wyglądająca Flora naprawdę mogłaby coś takiego powiedzieć publicznie?
            W głowie zagrzmiał mi jej słodki głos: to Natan z trzeciej „h”. Cichy i spokojny, a to dlatego, że jest gejem i nie chce, aby ktoś to odkrył.
            Wzdrygnąłem się. Nie mogę podpaść samorządowi!

***

            O dziwo moi rodzice zapomnieli o moim szlabanie i gdy tylko zadzwoniłem do mamy z pytaniem czy mogę odwiedzić Marka, ona nie miała nic przeciwko temu. Marek wyszczerzył zęby.
            - Ty na pewno masz szlaban?
            - Najwidoczniej już nie – podrapałem się po głowie. – Nawet jeżeli zapomniała, wykorzystam okazje.
            - Jestem samochodem – wtrącił Bazyli, gdy opuszczaliśmy szkołę.
            - A ja człowiekiem.
            Zgromił mnie spojrzeniem.
            - Chodziło mi o to, że możemy się zabrać moim samochodem, zamiast ściskać się w tramwaju – wyjaśnił. – Co wy na to?
            - Kuszące – przyznał Marek. Ja wzruszyłem ramionami.
            Zmieniliśmy kierunek i trafiliśmy na parking za szkołą. Samochód Bazylego był srebrny, ale niestety nieznanej mi marki. Byłem beznadziejny jeżeli chodzi o auta. Potrafiłem odróżnić znaczki i jeżeli dobrze kojarzyłem to musiała być Toyota. Ale jaka? W milczeniu zająłem miejsce z tyłu, aby nie musieć odpowiadać na niewygodne pytania.
            - To jeszcze raz… gdzie mieszkasz? – zapytał Bazyli odpalając auto.
            - Co proszę? Byłeś u mnie!
            - Tak. Ale jakieś dwa lata temu – wzruszył ramionami.
            Marek westchnął i podał adres obiecując przy okazji, że będzie informował o każdym szczególe trasy.
            Mijając inne samochody, tramwaje i autobusy udało nam się dotrzeć do domu Marka w niecałe czterdzieści minut. Większość czasu staliśmy w korkach, a wtedy Bazyli niecierpliwie wystukiwał rytm na kierownicy.
            Marek mieszkał niedaleko mnie w małym domku jednorodzinnym starej daty. Był co prawda dwupiętrowy, ale odpadał tynk, a rynny były zardzewiałe. Nad wjazdem do garażu wisiał stary i zniszczony kosz z brudną siatką. Domyśliłem się, że właśnie tutaj Marek ćwiczy, gdy nie jest na treningu.
            Bazyli zaparkował pod siatkowatą furtką i znaleźliśmy się w zarośniętym ogrodzie. Rosła tu duża jabłoń, do której przyczepiona była huśtawka z opony.
            - Marek się melduje! – krzyknął Marek, gdy wszedł do domu. Przedpokój był pełen dziwnych obrazów, pudełek i kurtek. Na ziemi leżały niezliczone i nieuporządkowane pary butów należące do domowników.
            Przed nami jak spod ziemi wyrosła niska, czarnowłosa kobieta o pulchnej twarzy. W rękach trzymała małego chłopca, któremu dałbym cztery lata. Przyglądał nam się uważnie i miał takie same kręcone włosy jak Marek.
            - Och! Fantastycznie, że jesteś! – podała mu brata. Marek bez trudu go udźwignął i stuknęli się lekko czołem na powitanie. – A to twoi przyjaciele? Ach! Mój Boże, Bazyli! – stanęła przed nim i zmierzyła wzrokiem. – Jaki przystojniak! Zmieniłeś się!
            - Za to pani nie postarzała się ani o dzień – odparł czarująco całując ją w policzek. Kobieta zrumieniła się lekko i machnęła ręką.
            - Przesadzasz, Bazyli, przesadzasz. – Jej wzrok padł na mnie. Nie wiedziałem co zrobić, a więc skłoniłem się lekko. – To ten cichy i tajemniczy?
            - Tak – zaśmiał się Marek, a potem zaczął wytykać język do brata, a chłopczyk odpowiedział mu tym samym.
            - Bardzo miło panią poznać – wydusiłem z siebie. Nie byłem dobry w poznawaniu nowych ludzi. Ona objęła mnie mocno i zaskoczyło mnie to, iż jest ciut niższa ode mnie. Przy Marku musiała wyglądać jak młodsza siostra. Złapała mnie za ramiona i odsunęła się ode mnie na długość swoich. – Mój Boże! Ale jesteś chudy! Chcecie coś zjeść chłopcy?
            - Nie, naprawdę nie trzeba.
            - I tak nam podasz, prawda? – zapytał Marek. Jego mama odwróciła się na pięcie.
            - Chłopcy w waszym wieku muszą jeść. Idźcie do pokoju, coś wam przygotuję.
            Marek poprowadził nas przez duży salon, a potem schodami ruszyliśmy na górę. Trzeszczały pod naszymi nogami.
            - Brat! – odezwał się mały, który cały czas się w nas wpatrywał. – Mogę z wami posiedzieć?
            - Jasne!
            Na drugim piętrze były cztery pokoje. Zaskoczyła mnie ich ilość. Z zewnątrz dom wydawał się być mniejszy. Marek otworzył jedne z drzwi i znalazłem się w jego pokoju. Po raz pierwszy w życiu.
            Był wąski, ale podłużny. Pod oknem stało biurko, a zaraz obok szafa. Łóżko było rozkładaną kanapą, obecnie niepościeloną. Marek zgarnął pościel do schowka i zrobił nam miejsce do siedzenia. Jego brat usiadł na biurku i machał krótkimi nogami. Dalej się w nas wpatrywał, a więc postanowiłem odwrócić wzrok. Na półce przede mną dostrzegłem parę zeszytów szkolnych, książki, a także jeden puchar i zawieszone na nim trzy medale. Wszystko za osiągnięcia sportowe w dziedzinie koszykówki. Piłka do tego sportu leżała przy biurku. Na ścianie dostrzegłem również plakaty jego ulubionych anime. Na parapecie z kolei stały sklejone modele samolotów.
            - Oto moje królestwo – skłonił się lekko.
            - Za wiele się nie zmieniło. – Bazyli podszedł do półek i przejrzał je. – No dobra, jest więcej kurzu.
            Marek zaśmiał się.
            - Brat!
            - A właśnie! – spojrzał na niego. – To mój najmłodszy brat – Oskar – spojrzał na mnie wyczekująco.
            - Ach – skinąłem głową i odchrząknąłem. – Posiadający bożą włócznię.
            - Serio? – spojrzał na mnie Bazyli. – Trochę głupie.
            - Co to znaczy? – zapytał mały Oskar. – Co to za włócznia?
            - Natan zna znaczenie imion.
            - Znaczenie imion? – powtórzył przechylając głowę i marszcząc czoło.
            - Każde imię ma swoje pochodzenie – wyjaśnił Marek. – Wiesz, skądś się wzięło. Na przykład Bazyli oznacza królewskość bo wywodzi się z…
            - Greckiego.
            - Greckiego! A po grecku basilios to król.
            - Dużo wiesz – zauważyłem.
            - Odkąd zacząłeś mówić nam znaczenie imion zacząłem sam je sprawdzać – zaśmiał się. – Zainteresowało mnie.
            - To dlatego bazyliszek jest królem węży? – zapytał mały Oskar. Młody dobrze rozumował.
            - Dokładnie! – pochwalił go. – Oskar ostatnio zainteresowany jest legendami Warszawy.
            Zamyśliłem się chwilę. Brzmiało ciekawie.
            - Wiem co zrobimy! – Marek uderzył pięścią o dłoń. Bazyli zmierzył go wzorkiem.
            - Ech… wiem co to oznacza. Zaraz wpadnie na jakiś głupi pomysł.
            - Pójdziemy tropem legend i sprawdzimy czy są prawdziwe!
            - Mówiłem. – Bazyli wzruszył ramionami.
            - Nie, serio! Co wy na to? Poszukiwacze przygód!
            - Ja chcę, ja chcę! – Oskar wystrzelił ręką do góry.
            - Widzicie? Młodszy od was chłopczyk się nie boi!
            - Ja się nie boję – syknął Bazyli. – Po prostu nigdy nie widziałem ani syreny, ani bazyliszka, ani złotej kaczki.
            - Ciesz się. W dwóch przypadkach na trzy byłbyś już martwy! – zażartował Marek. Bazyli coś zamruczał pod nosem i usiadł na kanapie. – A ty, Natan? Chciałbyś poszukać prawdy w legendach?
            - Nigdy nie bawiłem się w poszukiwaczy przygód – wyznałem. – Nie wiem na czym to polega.
            - Spokojnie, wszystkim się zajmę. To tylko we dwójkę?
            - Uch! – pisnął obrażony Oskar.
            - W trójkę, trójkę! – uniósł dłonie. – Dla ciebie też znajdę zadanie, Oskar.
            Chłopak najwidoczniej był zadowolony. A ja z pewną fascynacją oglądałem więź między braćmi. Marek troszczył się i dbał o niego. Nawet angażował w swoje pomysły mimo, iż pomiędzy nimi było czternaście lat różnicy.
            - Brat! – Do pokoju bez żadnego zaproszenia wparowała młoda dziewczyna. – Obiaaa… - zawahała się, gdy na nas spojrzała. Zarumieniła się, co nie pasowało do jej stroju buntowniczej gotki. – Nie wiedziałam, że masz gości.
            - Dlatego się puka – pouczył ją Marek. – Bazyli już znasz Darię. Natan, to moja młodsza siostra; Daria. Chodzi do trzeciej gimnazjum i w ogóle. – Ponownie spojrzał na mnie z wyczekiwaniem. Uśmiechnąłem się lekko.
            - Daria to skrót od Dagmara. Zasadniczo oznacza sławny dzień.
            Dziewczyna spojrzała na mnie jak na nawiedzonego co mnie trochę speszyło.
            - To znaczenie twojego imienia – wyjaśnił szybko Marek widząc niezręczną sytuację. – Wiem, że ci się podoba!
            - Wcale nie – warknęła. – Nie lubię swojego imienia! I obiad na stole! – obrażona opuściła pokój trzaskając drzwiami. Marek zaśmiał się.
            - Przeżywa okres buntu.
            Razem z Bazylim pokiwaliśmy współczująco głowami. Podczas obiadu do Bazylego zadzwoniła mama, która pilnie kazała mu się pojawić w domu.
            - Przepraszam, ale muszę iść – wstał od stołu. Jęknąłem. Nie zostawiaj mnie tu samego! – Mój pies jest u weterynarza. Muszę sprawdzić co się z nim dzieje.
            - Och! – mama Marka szybko wstała. – Jedź, jedź! Nie przejmuj się.
            - Dziękuję za obiad – ucałował jej dłoń. – Bardzo się cieszę, że mogłem znów panią zobaczyć – pomachał nam ręką. – Do zobaczenia.
            Trzasnęły drzwi i zostałem w domu Marka sam otoczony przez jego głośne rodzeństwo. Jego kolejni dwaj młodsi bracia mieli po jedenaście i osiem lat, a więc wszyscy właściwie byli jeszcze dziećmi. Dowiedziałem się również, że najstarsza siostra jest już na studiach.
            Zabawiałem ich moją wiedzą o imionach. Jedynie Darii się to nie podobało, ale młodzi chłopcy zdążyli już stworzyć scenariusz kolejnego pirackiego abordażu. I mieli zostać piratami z nowymi przezwiskami pochodzącymi od znaczenia ich imion. Cieszyło mnie to i byłem nawet trochę dumny.
            A jednak trochę zazdrościłem Markowi tak licznej rodziny. Może gdybym miał rodzeństwo byłbym bardziej otwarty? Może mógłbym znaleźć z kimś więź na tyle silną, aby móc porozmawiać o moich problemach?
            - Na mnie też już czas – oznajmiłem, gdy siedziałem w pokoju Marka, a wraz z nami całego jego rodzeństwo.
            - Nieee! Musisz jeszcze być piratem!
            - Zapewniam, że jestem drogowym.
            - Nieeee!
            - Dobra, ludzie! – Marek wstał. – Cisza. Natan ma też swoje sprawy.
            Rodzeństwo zmarkotniało, ale przytaknęło. Poza Darią. Ta wyglądała na szczęśliwą, że w końcu wychodzę. Ale nikt jej nie kazał siedzieć w pokoju Marka. Mój przyjaciel odprowadził mnie do drzwi i sam zaczął się ubierać.
            - Idziesz gdzieś?
            - Muszę jeszcze coś załatwić – uśmiechnął się. – Dzisiaj dwudziesty pierwszy września. Ważny dzień.
            - Czemu?
            Uśmiechnął się jedynie.
            - Odprowadzę cię! W końcu nie znasz tych rejonów – poklepał mnie po ramieniu. – Marek melduje wyjście! – krzyknął przez ramię.
            - Do widzenia! – skinąłem do jego mamy, która zdążyła mnie jeszcze wyściskać. Potem obaj wyszliśmy z domu.
            - Masz ciekawy system witania i żegnania – zauważyłem. Marek wyszczerzył zęby.
            - Zawsze się meldujemy – odpowiedział. – Sam nie wiem czemu tak jest.
            Ruszyliśmy krętymi uliczkami, których nie spodziewałem się tu zastać. Marek szedł w pewnym zamyśleniu.
            - Przepraszam – zaczął nagle. – Będziesz miał coś przeciwko jeżeli zatrzymam się w kwiaciarni?
            - Hę? Nie, jasne, że nie.
            I faktycznie niedaleko znajdowała się mała kwiaciarnia. Nie wchodziłem do środka, ale przez okno widziałem jak Marek kupuje kwiaty i… znicz? Zamrugałem oczami. Gdy wyszedł, znicz musiał mieć ukryty w plecaku, a kwiaty, ładny bukiet, trzymał w dłoni.
            - To trochę dziwne, co?
            - Trochę – spojrzałem na niego. – Dla mnie?
            Ze śmiechem pokręcił głową.
            - Nie. Idziemy dalej?
            - Jasne.
            Dalej szliśmy w milczeniu. Nie wiedziałem czy zaczynać jakiś temat, bo Marek wydawał się być taki zamyślony.
            - Nat – zaczął powoli. – Mogę cię porwać jeszcze na kilkanaście minut?
            Skinąłem głową. Nie wiedziałem o co mu chodziło, ale sam fakt zakupu znicza trochę mnie przerażał.
            - Wiesz. – Powoli dobierał słowa. Zatrzymaliśmy się niedaleko placu zabaw, na którym teraz bawiło się kilkoro dzieci. Wejście do niego bezpośrednio wiązało się z wyjściem na ulicę. Ponadto dostrzegłem tu małe boisko do kosza. – Jak byłem mały to tu się zakochałem w koszykówce.
            - Plac zabaw – skomentowałem.
            Skinął głową.
            - Dwanaście lat temu, gdy miałem sześć lat, w tym miejscu bawiłem się na placu zabaw. Większość dzieciaków już sobie poszła, a ja miałem wtedy bzika na punkcie koszykówki. Utrzymywał się u mnie odkąd dostałem piłkę na urodziny w kwietniu.
            - Czyli grasz od dawna.
            - Wiesz… wtedy to było tylko w formie zabawy – uśmiechnął się do swoich wspomnień. Potem uśmiech znikł. – Tego dnia piłka mi uciekła. Poleciała tu, na drogę – wskazał palcem. – Teraz są tu barierki, ale wtedy nie było. Oczywiście pognałem za moim cennym prezentem i… wpadłbym pod samochód – westchnął. Jego oczy zrobiły się takie puste. Zupełnie jak nie jego. – Widziałem zbliżające się auto. Trąbiło… Ale byłem w szoku. Nie ruszyłem się. Myślałem, że umrę, ale… wtedy pojawił się znikąd ten mężczyzna. Odtrącił mnie, ale sam… - zamilkł na chwilę i przełknął ślinę. – Sprawca uciekł. A ten mężczyzna… widziałem jak umiera – szepnął. – Powiedział do mnie, abym był dobrym człowiekiem. Abym pomagał innym nie patrząc na koszty. Abym był optymistą i radośnie kroczył przez życie – przyłożył dłoń do czoła. – Oddał życie za to, aby kompletnie mu obcy chłopak żył. Miał wtedy może… dwadzieścia parę lat.
            Wpatrywałem się w niego uważnie. Nie wiedziałem jaka będzie jego reakcja, ale spodziewałem się najgorszego. Dlatego zaskoczyło mnie, gdy się uśmiechnął. Promienie słońca oświetliły jego twarz i błyszczące oczy.
            - Dlatego wierzę, że wszystko dzieję się z jakiegoś powodu – wyjaśnił oddalając się o parę kroków. Stanął pod niskim murkiem, który dla małych dzieci musiał być wyzwaniem. Uklęknął i położył w tym miejscu kwiaty. – Ja jestem optymistą bo mogłem stracić życie i doceniam jego wartość. Ty też musisz być z jakiegoś powodu taki tajemniczy. I dlatego mnie to zaciekawiło… wiem, że to nie moja sprawa, ale bardzo bym chciał wiedzieć.
            - Naprawdę nic…
            - Jasne – uciął. Wyjął z plecaka znicz i zapałki. – Co roku przychodzę tu upamiętnić mojego wybawcę. Ten raz w roku pozwalam sobie na odrobinę zadumy. Odrobinę ciszy. Był naprawdę dzielny… - szepnął zapalając znicz. Nie wiedziałem czemu, ale podszedłem do niego i położyłem mu rękę na ramieniu. Miałem nadzieję, że to wystarczy jako symbol wsparcia. Skinął głową, przeżegnał się i powstał. Samotny znicz płonął wśród kwiatów. Oboje przez moment wpatrywaliśmy się w to miejsce.
            - To naprawdę piękne. To co robisz… że pamiętasz.
            - Jak mógłbym zapomnieć? – zaśmiał się sucho. – Czasami mam koszmary, że ku mnie jedzie samochód. W ciemności widzę tylko jego światła…
            Pokiwałem głową.
            - Mogę jedynie powiedzieć, że spełniasz jego prośbę. Jeszcze nigdy w życiu nie spotkałem kogoś tak optymistycznie nastawionego do życia jak ciebie. Możesz być z siebie dumny.
            Spojrzał na mnie z uśmiechem.
            - Dzięki, Nat.
            - Nie ma sprawy.
            Milczał jeszcze parę minut. Śmiech dzieci z placu zabaw zdawał się być odległy.
            - No dobrze! – klasnął w dłonie. – Pora iść. Odprowadzę cię na tramwaj.
            - Naprawdę nie musisz – odpowiedziałem.
            - Ej, ej, ej! Jestem dobrym człowiekiem, tak? – wyszczerzył zęby.
            - Tak. Masz rację – uśmiechnąłem się blado.
            Jak powiedział, tak zrobił. Odprowadził mnie na przystanek opowiadając o swojej rodzinie. Musiałem przyznać, że teraz zrozumiałem jego zachowanie. Jego podejście do rodziny i zdolność do wyznawania zasady – chwytaj dzień. Nigdy nie sądziłem, że mój przyjaciel był tak blisko śmierci. Bliżej niż ja kiedykolwiek. Co by było, gdyby wtedy zginął? Moje dni w szkole byłyby takie smutne i ponure. To z Markiem głównie się trzymałem w szkole. To głównie on mnie rozśmieszał no i mieliśmy podobne zainteresowania. Dzięki niemu poczułem, że ktoś mnie lubi takiego jakim jestem. Cichym, spokojnym, mało otwartym chłopakiem. Najwidoczniej widział, rozumiał i szanował, że jest jakaś część mnie, która kazała mi nie mówić o sobie.
            Cokolwiek by się nie działo, w tym momencie chciałem mu powiedzieć o sobie. Chciałem mu powiedzieć, że jestem gejem. Jeszcze nigdy nikomu tak nie zaufałem. Nigdy nie byłem z kimś tak blisko pod względem przyjaźni. Marek był światłem w ciemności, która ostatnio mnie otaczała.
            - Marek.
            - Tak?
            - Ja… - odchrząknąłem. – Ja chciałbym ci coś powiedzieć…
            Spojrzał na mnie z uśmiechem.
            - O co chodzi?
            Widziałem już przystanek. Zbliżyliśmy się do niego powoli. Tramwaj miał być za dwie minuty.
            - To trochę krępujące…
            Milczał, wpatrując się we mnie. Nie poganiał mnie, czekał cierpliwie, aż zbiorę myśli.
            - Jeżeli chcesz mi coś powiedzieć, to możesz to zrobić – powiedział. – Jesteśmy przyjaciółmi.
            Najwidoczniej rozumiał, że w życiu trzeba szybko znajdować sobie przyjaciół, nawet jeżeli wiązałoby się to z ryzykiem. Nie zawsze się ufa, ale czasem trzeba.
            - Ja… - odchrząknąłem.
            Uśmiechnął się. Wyglądał tak uroczo, że skarciłem się w głowie za to słowo.
            - Dobra, Nat – westchnął. – Zrobimy tak. Nie musisz mi mówić teraz. Pomyśl chwilę, przemyśl to. Jeżeli kiedyś uznasz, że chcesz mi powiedzieć, dzwoń nawet o trzeciej w nocy.
            - To naprawdę dla mnie trudne…
            - Dlatego nie chcę, abyś teraz się z tym męczył – poklepał mnie po ramieniu. – Rozumiem, że masz opory i wahania, ale… - wskazał na siebie kciukiem i mrugnął. – Na mnie możesz liczyć!
            Przełknąłem ślinę. Uśmiechnąłem się i skinąłem głową.
            - Dziękuję.
            - Nie ma sprawy – zaśmiał się. Jego śmiech był naprawdę piękny. Czysty, melodyjny bez żadnej chrypy. – Powiedz mi tylko. Uważasz mnie za przyjaciela?
            Milczałem parę sekund, aż w końcu kiwnąłem głową.
            - Ha! – założył ręce za głowę. – Wiedziałem. W takim razie idziemy po dodatkowych zajęciach do japońskiej restauracji.
            - Zawsze tam chodzisz z drużyną.
            - No i ty z nami pójdziesz.
            Kiwnąłem głową.
            - Skoro tak chcesz.
            Nadjechał tramwaj. Pożegnałem się z Markiem i wsiadłem. Kiwnąłem mu jeszcze głową przez okno i westchnąłem. Naprawdę uważałem go za przyjaciela, z tym że nawet jemu nie ufałem w stu procentach. Coś ze mną było nie tak?
            W każdym razie poznałem jego historię. Bardzo wzruszającą historię. Przed oczami dalej widziałem kwiaty i znicz. Śmierć jest bliżej niż myślałem.
            Powiem mu. Powiem mu, że jestem gejem. Może to mi pomoże?
            Może…


__________________________________________________________
 BROMANCE! 

Ponadto, jak pewnie zauważycie, pod rozdziałem możecie ocenić część w skali "Złe"; "Ujdzie"; "Średnie"; "Bardzo dobre"; "Rewelacyjne". Proszę oceńcie nie tylko tę część! Osądźcie również pozostałe rozdziały zarówno tu jak na blogu "Pierre i Raimundo"! Dziękuję! ;)

I jeszcze informacja - Konkurs na swoją postać do opowiadania "Brakujący element" kończy się dziś w nocy. Jutro podam zwycięzce, zwyciężczynie lub zwycięzców Konkursu! ;) 

Więcej o konkursie: KLIKNIJ



9 komentarzy:

  1. Szok :D Jakie tempo! :D Ale to dobrze :) jak jest dużo Marka to jest fajnie :D I ta jego historia... pomimo iż Marek to chyba mój faworyt, to nie widzę go jako geja O_o chociaż jakby tak było, to by też było fajnie :D No i chyba każdy jest ciekawy wyników konkursu :P

    Massacre.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nooo... ciężko, aby był gejem skoro jest zauroczony w Felicji :D

      Usuń
  2. O rany, wzruszyłam się... Jeszcze bardziej uwielbiam Marka i jestem absolutnie za tym, żeby Natan zdradził mu swoją tajemnicę :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Waaaah! Za dużo dzieci =,= Kurde, ta historia Marka nie wiedzieć czemu, skojarzyła mi się z przedostatnim odc chojraka... Jestem ciekaw jak będzie wyglądało wyjście Nata z szafy... Bo jest raczej taki nooo... Nieśmiały, skryty (powiedzmy). Nawet nie potrafię sobie wyobrazić tej sytuacji :D.

    Pozdrawiam, Niepozpozorny.

    OdpowiedzUsuń
  4. super ^^ Jak Marek opowiadał tą tragedię...to miałam łzy w oczach. A na dodatek, wiedziałam że Nat nie da rady wyznać, że jest gejem bo do końca mu nie ufa i boi się odtrącenia. ;) Biedaczek. Czekam na następny rozdział z zapartym tchem! ^^ Już w obu opowiadaniach dałam "Rewelacyjne" ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Mam nadzieję, że Natan zdradzi Markowi, ze jest gejem. Sądzę, że chłopak go nie odrzuci. W każdym razie mam taką nadzieję.
    A Marek ma fajną dużą rodzinkę i widać jak bardzo ich kocha. Fragment z opowieścią Marka był smutny, ale być może bez tego co się wydarzyło Marek byłby innym człowiekiem. Być może złym, mściwym. Czasami jakieś sytuacje w życiu chociaż ciężkie naprowadzają nas na właściwą ścieżkę. Marek jest kochany, otwarty, dobry. Wierzę, że byłby taki bez tego wypadku, ale nigdy nic nie wiadomo. Nie bez przyczyny dzieją się różne rzeczy. :D
    I dalej nie wiem z kim planujesz sparować Natana. I to jest denerwujące. Zżera człowieka od środka. :D Może z tym tajemniczym przewodniczącym z SU. A może to Bazylim lub Gabrielem. Z Alexem mogą być tylko przyjaciółmi. :D
    I podoba mi się częstotliwość wrzucania rozdziałów. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, ha, ha! Moja próba zakołowania Czytelników co do wyboru Natana poszła bardzo dobrze. Ha, ha, ha!

      Usuń
    2. Kochany Autorze. Ale z Ciebie diabelska bestia!!!
      Bawisz się nami. Śmiejesz się z nas. I w ogóle brzydko robisz.

      A najgorsze w tym jest to, że my sami się na to godzimy. Twój blok jest zbyt świetny, jego magiczna moc jest silniejsza niż potęga całej magicznej rady w FT.

      Jedynie o co możemy prosić my pokorni i uniżeni czytelnicy to o litość i chodź by małe nakierowanie, bądź informacje.

      KOCHAMY CIE AUTOR-san (nasz tyranie) xD

      Usuń
    3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń