Opowiadanie inspirowane jest anime Kuroko no Basuke!

Wejść na bloga (Od 20.07.2012r.)

poniedziałek, 15 października 2012

Rozdział 38 - Herbata

Rozdział 38 – Herbata




            Nadszedł dzień kolejnego meczu turniejowego. Tym razem półfinał mieliśmy rozegrać przeciwko Atlantis Kingdom. Nie wiedziałem za dużo o tej drużynie pomijając to, że jej najlepszy zawodnik był o czterdzieści centymetrów ode mnie wyższy. Spotykałem już wysokich facetów, ale blisko pół metra różnicy nie napawało mnie optymizmem.
            Od naszego spotkania z Norbertem minął zaledwie dzień także nie wszyscy byli wypoczęci. Cały pojedynek między Tytanem a Arielem sprawił, że ten drugi nie czuł się na siłach do dalszej gry. Nasz kapitan wspaniałomyślnie stwierdził, że nie musi on grać przeciwko Maksymilianowi.
            Szkoda, bo bardzo by się nam przydał. Ariel był najwyższy z nas wszystkich, a więc to on miał największe szanse w trakcie pojedynku z Maksymilianem. Niestety chłopak ledwo stał na nogach.
            Dlatego to ja miałem być w składzie podstawowym, co trochę nie zdziwiło. Cyrus nie zawsze pozwalał mi grać od samego początku. Wszystko dlatego, że szybko się męczyłem.
            Do rozpoczęcia meczu została niecała godzina. Pod czujnym okiem Samsona, zdolna do gry część drużyny,  rozgrzewała się i przygotowywała. Roksana przypominała nam ostatnie instrukcje dotyczące gry przeciwników. Dowiedziała się, że byli bardzo zgraną drużyną z bardzo wymagającym trenerem. Trochę jak w wojsku.
            W każdym razie nie traciliśmy ducha walki. Od finału dzieliło nas jedynie czterdzieści minut gry. Poza tym chcieliśmy utrzymać tytuł Cudów.
            Jeżeli dobrze pójdzie, a wszystko na to wskazywało, to do finału zakwalifikować się miało Apeliotes z Krystianem na czele. On był naszym nemezis. Nasza jedyna przegrana wiązała się z nim i bardzo chcieliśmy wyrównać rachunki.
            Jednak by to osiągnąć musieliśmy wygrać w półfinale.
            - Czy jeżeli tym razem wygramy, zatańczysz dla nas Kapciu Cytrusie? – zapytał zaintrygowany Filip. – Wiesz, masz takie fajne ruchy…
            - Jeżeli wygramy, to tym razem daruję ci sto pompek – odpowiedział Cyrus nawet nie zaszczycając go spojrzeniem. – I nie mów do mnie „Kapciu”.
            - Czemu? Nigdy ci to nie przeszkadzało?
            Cyrus westchnął.
            - Postaraj się tak nie mówić przy przeciwnikach. To podważa mój autorytet.
            Filip wywrócił oczami.
            - Ale wymyślasz.
            - Kapitanie – odezwałem się. Cyrus omiótł mnie szarymi oczami.
            - Tak?
            - Mogę się przejść?
            - Tylko się nie spóźnij – pouczył, a potem wrócił do pisania w clipboardzie. – Jesteś w pierwszym składzie.
            - Rozkaz – zasalutowałem. Posłałem przepraszające spojrzenie Gabrielowi, a potem opuściłem szatnię. Potrzebowałem jednak chwili wytchnienia, aby się uspokoić. Nie wiedziałem czemu, ale zacząłem się stresować meczem. Cyrus mi zawsze powtarzał, że wzrost to nie wszystko, ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że dzisiaj będę wyjątkowo bezużyteczny. Nawet jeżeli uda mi się ukraść piłkę, zostanę zmiażdżony przez Maksymiliana.
            Jego imię oznaczało „największy” i bardzo dobrze oddawało obraz sytuacji. Być może będzie moim największym wyzwaniem.
            - Wszystko w porządku? – usłyszałem za sobą bardzo dobrze mi znany głos na dźwięk którego się uśmiechnąłem.
            - Raczej tak – odpowiedziałem. Razem z Gabrielem staliśmy w ciemnym korytarzu. Przyglądał się mi uważnie jakby chciał coś wyczytać z mojej twarzy.
            - Kłamiesz – westchnął. – Co cię gryzie? Nie wszystkie emocje potrafisz ukryć.
            - Aż tak to widać?
            - Denerwujesz się – stwierdził. – Niepotrzebnie. Te całe Atlantis brzmi jakoś dziwnie.
            - Lepiej niż Totalny Tajwan – zauważyłem. Uśmiechnął się i skinął głową.
            - Tak. Racja. Zdjąłeś bransoletkę?
            - Erm? Tak. Na czas gry – wyjaśniłem podnosząc rękę. – Nie chcę, aby coś jej się stało. Jest dla mnie zbyt cenna.
            - Cieszę się, że tak myślisz.
            Uniósł swoją dłoń, abyśmy mogli przybić sobie „żółwiki”. Niestety nie mogliśmy się pocałować ze względu na zbierających się kibiców. Podziwiałem, że  w trakcie trwania Euro pojawiało się tu tylu fanów koszykówki. Głównie były to osoby z mojej dawnej szkoły, ale to i tak dobrze. Poczułem wsparcie i odetchnąłem z ulgą.
            Na kilka minut przed rozpoczęciem stawiłem się w szatni razem z Gabrielem. Cyrus już niecierpliwie tupał nogą. Potem skinął w stronę drużyny i razem opuściliśmy pomieszczenie, aby równym krokiem wkroczyć na boisko. Przywitała nas burza braw. Jednak jeden z sektorów głośno nas wygwizdał. Domyśliłem się, że są to kibice naszych przeciwników. Nie patrzyłem w ich kierunku, aby się dodatkowo nie denerwować.
            Na pierwszy ogień poszedłem ja z Gabrielem, Markiem, Dawidem i Filipem. Nasza piątka w pierwszej połowie miała zdobyć jak najwięcej punktów. Doskonale pamiętaliśmy poprzedni wynik Atlantis. 120 do 56. Dosłownie zmiażdżyli swoich rywali w ćwierćfinale.
            Cyrus obserwował nas uważnie i wymieniał krótkie komentarze z Samsonem. Obaj przyglądali się Dawidowi. Nie wiedziałem o co im chodziło i nie miałem czasu, aby się nad tym zastanawiać. Na boisko wkroczyli Atlantis.
            Od razu rozpoznałem Maksymiliana. Górował nad wszystkimi graczami. Wyglądał jednak na mocno zobojętniałą osobę. Zaszczycił nas krótkim spojrzeniem, a potem odwrócił się do swoich.
            Nikt nie kłamał. Chłopak był wysoki. Wyższy od Ariela. Miał długie nogi i ręce, a to oznaczało, że jest bardzo dobry w przechwytywaniu piłki. Już mi się to nie spodobało.
            Związał swoje ciemne włosy i oddychał spokojnie. Jego opanowanie było naprawdę godne podziwu. Sądząc po numerze na bezrękawniku nie był on kapitanem Atlantis, ale wcale bym się nie zdziwił gdyby podobnie do Krystiana, to właśnie on kierował drużyną.
             Aby tradycji stało się zadość całą drużyną stanęliśmy w kręgu. Czekałem na motywującą przemowę kapitana. Jego słowa zawsze pomagały mi odnaleźć się w sytuacji.
            - Nie będę przedłużał – zaczął poważnie. Dobrze wiedzieliśmy jakie ma wobec nas wymagania. – Stoimy o krok od naszego celu. Pracowaliśmy na ten moment przez cały rok szkolny. Jesteśmy już w najlepszej czwórce województwa, ale dobrze wiem, że chcecie więcej. Widzę to w waszych oczach. Wasza wola walki jest silniejsza niż naszych przeciwników. Wszyscy się wspaniale uzupełniamy i jesteśmy chlubą szkoły. Dlatego wiem, że dzisiaj wygramy! Uwierzcie w siebie, tak samo jak ja wierzę w was! Pokażcie mi dobrą i sprawiedliwą grę!
            - Rozkaz!
            - Wierzę w was wszystkich. A wy w siebie?
            - Tak jest!
            - A więc pokażcie to światu!
            Zawyliśmy głośno, aby zyskać choć trochę przewagi nad przeciwnikiem. Atlantis przyjrzało się nam z rozbawieniem w oczach. Jeden z nich nawet zaczął udawać wilka, ale zrobił to wyjątkowo komicznie.
            Gdy stanęliśmy naprzeciw siebie, aby uścisnąć sobie dłonie miałem okazję porównać się z rywalami. Wszyscy byli wyżsi ode mnie, ale to nie było nic nowego. W końcu nawet w swojej drużynie byłem najniższy.
            Niepokoiła mnie obojętność w ich oczach. Wyglądali jakby patrzyli na nas przez mgłę. Emanowała od nich pewność siebie. Roksana miała rację. Byli mistrzami w swoim mieście. Nasz odpowiednik.
            Mecz rozpoczął się wraz z gwizdkiem sędziego. O podrzuconą piłkę walczyli Gabriel i Maksymilian. Z szokiem zaobserwowałem, że to jednak ten drugi zdobył piłkę i to przeciwnicy rozpoczęli. Gabriel zaklął pod nosem. Nigdy mu się nie zdarzyło, że to ktoś inny przejął piłkę.
            - Spokojnie – rzuciłem do niego, gdy go mijałem. Liczyłem na to, że ukradnę piłkę, ale podanie Maksymiliana było za wysokie. Minął mnie prawie się o mnie potykając.
            - Natan, tak? – zagadał. Przyjrzałem się mu w milczeniu. Skinąłem powoli głową.
            - W czym mogę pomóc?
            - Czytałem o tobie – wyjaśnił.
            - Mam nadzieję, że same dobre rzeczy.
            Uśmiechnął się blado. Koleś był całkowicie nieobecny.
            - I tak, i nie – pokiwał głową. Naprawdę wysoko musiałem zadrzeć głowę, aby z nim porozmawiać. – Jesteś strasznie niski…
            - Przykro mi.
            Uśmiechnął się delikatnie odsłaniając zęby.
            - Nie jesteś wyzwaniem. Koszykówka to sport w którym liczy się wzrost. Bez wzrostu… nie osiągniesz nic.
            Milczałem. Nasz krótki dialog przerwał odgłos zdobytych punktów. To przeciwnicy prowadzili. Maksymilian uśmiechnął się jeszcze szerzej.
            - Przekonamy się? – rzucił wyzwanie. Pokiwałem głową. Rozeszliśmy się, a we mnie się trochę zagotowało. Maksymilian mnie prowokował, to jasne. Pytanie – jak długo wytrzymam? Mój wzrost to mój kompleks. Potrafię się z tym maskować, ale wszystko ma swoje granice.
            Rozpoczęliśmy. Dawid podał do Filipa, a blondyn pognał przed siebie. Oddał piłkę Markowi, ale ten blokowany nie mógł wykonać swojego sławnego rzutu. Piłka poleciała ku mnie. Miałem już ją złapać, gdy przede mną pojawiła się wielka dłoń. To Maksymilian. Bez problemu odebrał mi piłkę i pobiegł w kierunku naszego kosza.
            - Zatrzymajcie go! – ryknął Cyrus.
            Do akcji wkroczył Dawid, nasz najlepszy obrońca. Ich pojedynek nie był długi. Maksymilian po prostu się wyprostował i wsadził piłkę do kosza.
            Opadła mi szczęka. Jasne, był wysoki. Miał też długie ręce, ale on po prostu… sięgał.
            Dawid zamrugał oczami i warknął pod nosem. Cyrus przybrał kamienny wyraz twarzy.
            - Oj, oj – westchnął Filip. – Oj, oj. Bardzo oj, oj.
            - Jakaś strategia? – spytał Marek.
            - Hm… brak. Wybaczcie. Muszę przyjrzeć się mu dokładniej. – Filip zmrużył oczy. – Może być ciężko…
            - Nie zatrzymacie tej fali – rzucił jeszcze przez ramię Maksymilian, gdy nas mijał. Naprawdę potrafił prowokować.
            - Marku, potrzebujemy twoich rzutów – stwierdził Gabriel. – Jak najwięcej.
            - Jasna sprawa. Tylko, że mnie otaczają. Wiedzą, że trafię – otarł czoło swoją żółtą frotką. – Jeżeli dacie mi kilka sekund luzu…
            - Załatwione.
            Musieliśmy przejść do ofensywy. Krążyłem w okolicach pozostałej czwórki w razie gdyby potrzebowali szybkich podań. Jednocześnie starałem się trzymać z dala od Maksymiliana. Nie trudno go było zgubić. Może i był wielki, ale przy tym wszystkim mało zwrotny. Bez problemu śmigałem między przeciwnikami, którzy skupili się na ataku Filipa, Dawida i Gabriela.
            W końcu udało się doprowadzić do sytuacji gdzie Marek miał wolną przestrzeń. Zdobył piłkę i z uśmiechem na twarzy podskoczył, aby zdobyć nasze upragnione punkty.
            Niestety, ponownie przeszkodziła nam wielka dłoń. Gdy Marek wylądował, zamrugał z niedowierzeniem. Maksymilian zablokował jego rzut.
            Teraz nawet co wytrwalsi z nas zaczęli panikować. Maksymilian mógł zdobywać punkty i jednocześnie nas blokować. Był jak forteca.
            Kozłował chwilę i podał do swoich. Kolejne punkty dla przeciwników.
            - Szlag – warknął Gabriel. – Jest źle.
            Sytuacja nie przedstawiała się najlepiej. Podczas pierwszej kwarty na obu połowach doszło do wielu pojedynków, ale ostatecznie przegrywaliśmy 14 : 4. Wbrew pozorom była to strata do odrobienia, ale bardzo drastycznie wpływała na nasze morale.
            Gdy podbiegliśmy do kapitana, aby móc się napić on obserwował nas z uwagą. Przeleciał wzrokiem po nas wszystkich.
            - Marku. Na razie musisz zostać na ławce – oznajmił, zdejmując swoją bluzę. Brunet uniósł brwi, ale pokiwał głową.
            - Hę? – zdziwił się Filip. – Jesteś pewien, Kapciu? Rzuty Marka mogą się przydać.
            - Owszem. W drugiej połowie – odrzucił bluzę na ławkę i rozciągnął się. Przyglądał się przeciwnikom. – Jak na razie nie mamy nawet siły przebicia.
            Filip westchnął, ale pokiwał głową. Po minucie znów byliśmy na boisku, ale tym razem dołączył do nas Cyrus.
            - Musi być źle skoro wchodzi sam kapitan – zauważył Maksymilian. Cyrus zachował zimną krew.
            - Też jestem członkiem drużyny. Mogę się zmieniać.
            - Oczywiście – parsknął tamten. – Kolejni niski. Osłabiasz swoją drużynę.
            - Zobaczymy.
            Gwizdek i wznowienie gry.
            - Potrzebuję cię, Nat – oznajmił szybko Cyrus, a potem pognał do Maksymiliana. Nie wiedziałem jaki był plan, ale poleciałem za kapitanem. Wtedy piłkę podał mi Dawid. Cyrus jedynie skinął głową, a ja szybko przerzuciłem piłkę pod nogami Maksymiliana. Na szczęście ich rozstaw był tak szeroki, że nie zdążył ich złączyć, ani zablokować rzutu. Cyrus przyjął podanie i niczym błyskawica przeciął parkiet, a potem zdobyliśmy punkty. Maksymilian wyglądał na trochę ogłuszonego.
            - Wzrost to nie wszystko – rzucił Cyrus. – Ktoś z twoim doświadczeniem powinien to wiedzieć.
            Chłopak zmrużył oczy. Teraz to on był przy piłce. Nie zamierzał nas oszczędzać. Niczym fala powodziowa przetoczył się przez boisko odrzucając każdego z graczy. Dopiero, aż przed nim pojawił się Cyrus.
            Z boku wyglądało to trochę komicznie, ale nasz kapitan zdołał powstrzymać atak. Po raz kolejny udowodnił, że jest najlepszy z nas wszystkich.
            - Tak jest, Kapciu! – krzyknął Filip. – Dawid!
            Nasz obrońca ruszył na pomoc i we dwójkę zatrzymali napór siły Maksymiliana. Jakimś cudem piłka znalazła się w moich rękach, a więc jak głupi pognałem na drugą stronę i podałem ją do Gabriela. On wykonał swój skok i zdobył punkty.
            Odetchnąłem z ulgą. Nie wszystko stracone.
            Druga kwarta pozwoliła nam się zbliżyć do rywali. Pot lał się z naszych ciał, a wysiłek dawał o sobie znać licznymi bólami. Samson jak tylko mógł rozmasowywał obolałe członki.
            Cyrus oczywiście zakrył się ręcznikiem i oddychał spokojnie. Nie odzywał się, a to oznaczało, że nie był w najlepszym humorze. Za to Marek nie szczędził uśmiechu.
            - Możesz przestać? – zapytał Dawid. – Nie jest wcale tak dobrze.
            - Żartujecie? Doganiamy ich. Jeszcze możemy wygrać. Poprawka… musimy wygrać. Inaczej… erm… jak ty to fajnie określasz kapitanie?
            - Poznacie nowe oblicze bólu – burknął.
            - Właśnie. Ból nie jest fajny – zaśmiał się. – Przede wszystkim myślmy pozytywnie. Jak tam nasz strateg?
            - Hm – zaczął powoli Filip. – Zdają się szybko męczyć. I nie są zbyt… obrotni.
            - Filip ma rację – przyznała Roksana. – Można ich oszukać podczas kozłowania i podczas podań. Nat, dasz radę podawać do tyłu?
            - Jasne. Tylko niech ktoś tam będzie…
            - To jak? Wchodzę? – uśmiechnął się Marek.
            - Nie. – Cyrus powstał i odrzucił ręcznik. – Może w ostatniej kwarcie. Rozgrzej się.
            - Aye, aye!
            Rozpoczęcie drugiej połowy nie było najlepsze. Rywale powiększyli swoją przewagę o kilka punktów. Jednak tak jak powiedzieli Roksana i Filip – przeciwnicy nie byli zbyt zwrotni. Jeżeli już biegli przed siebie ciężko było im się zatrzymać. Jak fala powodziowa. Cała siła kieruje naprzód, ale ciężko jest jej zawrócić. Przynajmniej nie od razu.
            To była ich wada. Najważniejsze jednak było, że to Maksymilian został osłabiony przez naszą wiedzę. Tak jak się umówiliśmy podawałem piłkę do tyłu, gdy tylko znajdowałem się przy przeciwniku. Wtedy do akcji na zmianę wchodzili pozostali. Dawid i Gabriel zapewnili nam remis, a później nieznaczne prowadzenie. Filip i Cyrus za to podawali mi piłkę najczęściej jak tylko mogli.
            Im lepiej nam szło tym większa złość rodziła się w Maksymilianie. Widziałem to po jego twarzy. Powoli przechodził z obojętności do czystej furii. W końcu jego gra zaczęła przypominać niekontrolowany żywioł. Blokował nasze rzuty, a potem sam zdobywał punkty wymijając tym samym całą naszą obronę.
            - Nie pozwolę wam wygrać – wysapał do Cyrusa. – Chcę grać przeciwko Krystianowi w finale.
            - No to mamy impas – odpowiedział Cyrus. Jego nogi drżały ze zmęczenia, ale dalej zachowywał hardy ton. – My też musimy wyrównać rachunki z Krystianem.
            - Wy już mieliście szansę – zauważył dobitnie. – Przegracie z nim, a więc pozwólcie nam się z nim zmierzyć.
            - Tak się nie stanie – odpowiedział Cyrus.
            Trzecia kwarta dobiegła końca, a na tablicy wyników widniał remis. Emocje rosły z każdą sekundą. Zostało nam ostatnie dziesięć minut, aby przezwyciężyć Atlantis. Rozumieliśmy o jak wielką stawkę gramy. Niestety i nasi przeciwnicy dobrze wiedzieli jaki jest ich cel.
            Twarz Maksymiliana zmieniła się, gdy tylko rozpoczęła się czwarta kwarta. Teraz wyglądał na kogoś niebezpiecznego, zdolnego do zrobienia wszystkiego byle tylko wygrać. Wiedziałem, że zdenerwowało go to jak bardzo pomiatał nim Cyrus. Nasz kapitan udowodnił, że wzrost nie ma znaczenia. Jednak wbrew temu zmienił się z Markiem i mój przyjaciel ponownie grał w podstawowej piątce.
            Oddychałem ciężko, byłem zmęczony. W trakcie tego spotkania nabiegałem się jak nigdy wcześniej. Zaczynało mi brakować wody w organizmie, czułem to. Pot już nie ochładzał ciała, a zrobił się nieprzyjemnie bolesny.
            Czułem suchość w gardle. Pojedynek z Atlantis odbierał mi całe zapasy płynów. Ale nie mogłem się poddać. Nie teraz, gdy byliśmy tak blisko wygranej.
            Przeciwnicy narzucili nam niezłe tempo. Przez pierwszych kilka minut nie mogliśmy nawet odsapnąć. Napierali na nas niezłomnie, a potem cofali się pod swój kosz. Wszystko robili płynnie z wyćwiczoną perfekcją.
            Do końca zostały dwie minuty, a my prowadziliśmy 58 : 57. Przez dwie minuty musieliśmy utrzymać ten wynik lub zdobyć punkty. Czas wlókł się niemiłosiernie. Wydawało mi się, że wskazówki zegara są przytrzymywane przez niewidzialną siłę.
            Maksymilian natarł na nasz kosz po raz ostatni. Wyminął wszystkich i pędził do naszego kosza. Równie dobrze mógł przy nim stanąć i po prostu wrzucić tam piłkę, ale Maksymilian podskoczył. Kropelki potu zabłyszczały w świetle reflektorów. Jego mokre włosy zafalowały. Na twarzy pojawił się triumfalny uśmiech.
            Gdy nagle przed nim pojawiła się śniada dłoń. W całej sali było słychać głośny krzyk wysiłku. To Dawid podskoczył najwyżej jak umiał i z rykiem wybił piłkę z dłoni przeciwnika. Wpadli na siebie w trakcie lotu, ale nie był to faul. Wytrzeszczyłem oczy. Fantastyczna obrona, a Dawid został za nią nagrodzony brawami. Teraz przy piłce był Filip.
            Jego wyraz twarzy zawsze się zmieniał, gdy był na boisku. Poza nim był uśmiechnięty, ciepły i trochę dziecinny. W trakcie gry jednak był skupiony. Jego bystre oczy obserwowały uważnie cały parkiet. Dlatego bez problemu przebił się przez przeciwników dokładnie widząc drogę.
            Ostatni skok i teraz to on zdobył punkty. 60 : 57. Atlantis z niedowierzaniem spojrzeli na Maksymiliana. Ten dalej stał pod naszym koszem, a gdy rozebrzmiał dźwięk kończący grę zadrżał cały.
            Trybuny ryknęły ze szczęścia, a Młode Wilki po raz kolejny zawyły głośno. Poza mną. Ja potrzebowałem wody. Oparłem się o swoje kolana i cieszyłem się, że już po wszystkim. Zwyciężyliśmy. Dzięki niesamowitemu duetowi jakim byli Filip i Dawid. Teraz rozumiałem dlaczego Cyrus i Samson obserwowali tak uważnie bruneta. Stawiali na niego i jego kondycję, a także możliwość wysokiego skoku.
            - Szlag – warknął Maksymilian i zakrył oczy. – Szlag, szlag, szlag – powtarzał. Po policzku spłynęła łza zmieszana z potem.
            Dawid popatrzył na niego chwilę, ale potem odszedł bez słowa. Przybił piątkę z Filipem i wyściskali się we dwójkę krzycząc głośno.
            Dotarliśmy do finału. Uniosłem wzrok, a przede mną wisiała butelka z wodą. Zgarnąłem ją i łapczywie zacząłem opróżniać jej zawartość z wdzięcznością patrząc na ofiarodawcę.
            - Tak czułem, że jesteś wykończony – uśmiechnął się Gabriel. Oddychał ciężko, a całe ciało świeciło od potu.
            - Dziękuję – oddałem mu butelkę z której teraz on pociągnął parę łyków. – Jesteśmy w finale.
            - Zgadza się! – zawył radośnie. Uśmiechnąłem się do niego. Tyle szczęścia dawała mu cała ta gra.
            Maksymilian w otoczeniu swoich przyjaciół ruszył do szatni. Miał spuchnięte, lekko zaczerwienione oczy. Zrobiło mi się go szkoda bo znów wyglądał tak bezbronnie i obojętnie. Potem przypomniałem sobie jaka furia wstępuje na jego twarz, gdy przegrywa.
            Również i Młode Wilki wróciły do szatni świętując głośno. Powracaliśmy do najbardziej dramatycznych momentów całego spotkania. Byliśmy tak zagadani, że nawet nie zwróciłem uwagi, że znów znaleźliśmy się wszyscy nago pod prysznicem. Dobrze się stało bo myślami powędrowałbym do łóżka Gabriela.
            Gdy już się przebieraliśmy wpadła do nas Roksana. Jak zwykle nie zwracała uwagi na to, że większość jest pół naga.
            Wyściskała swojego brata, a nam wszystkim pogratulowała zwycięstwa.
            - Czekam na korytarzu – poinformowała Cyrusa. Kapitan skinął głową.
            - Idziecie gdzieś? – zapytał ciekawsko Filip, gdy Roksana opuściła szatnię.
            - Tak. Obiecałem, że pójdę z nią na kolację. Ostatnio zaniedbaliśmy nasze stosunki siostra-brat – wyjaśnił.
            - Co? To znaczy, że nie pójdziesz z nami świętować? – zasmucił się Dawid.
            - Obawiam się, że nie dzisiaj – pokręcił głową. – Musicie mi wybaczyć. Oczywiście, po finale nadarzy się kolejna okazja.
            - Myślisz, że wygramy? – zapytałem.
            - Wiem, że wygramy – odpowiedział z mocą. – Idę jeszcze obejrzeć grę Apeliotes. Jesteście wolni. Finał za dwa dni.
            Zasalutowaliśmy, a Cyrus opuścił szatnię. Reszta drużyny popatrzyła po sobie.
            - Timless River? – zaproponował Marek.
            - Zgoda!
           
***

            Cyrus i Roksana, a także jak się okazało i Samson, obserwowali grę Apeliotes przeciwko Totalnemu Tajwanowi. Jakkolwiek dziwnie brzmiała nazwa ich drużyny dali się we znaki Krystianowi. Jednak brunet i tak zdołał zwyciężyć i stało się jasne – to Apeliotes będzie przeciwnikiem Młodych Wilków. Jedyna drużyna z którą przegrali w kwietniu.
            - I to nam podsumowuje półfinały – westchnęła Roksana zapisując coś w clipboardzie. Samson zajrzał tam z ciekawości. Wszystkie notatki pisane były drobnym drukiem. – Apeliotes są jeszcze silniejsi. A Krystian… ech…
            - Wiem – odezwał się Cyrus, który milczał przez cały mecz. – Jest jeszcze lepszy niż ostatnio, prawda?
            - Tak – pokiwała głową. – Lata prawie jak ptak po całym boisku. I nie jest zmęczony.
            Cyrus zamyślił się chwilę. Uniósł wzrok, aby przyjrzeć się przeciwnym trybunom. Nie dał tego po sobie poznać, ale zaskoczył go widok płomiennowłosego Bruna siedzącego obok ich niedawnego rywala – Norberta. Ta dwójka rozmawiała o czymś i z uwagą obserwowała Krystiana.
            - Chyba powinniśmy się już zbierać – stwierdziła Roksana i zamknęła swój clipboard. – Czeka mnie wiele pracy. Cała analiza gry i…
            - Mogę ci pomóc – zaoferował Samson. Popatrzyła na niego czule.
            - Jasne. Dzięki.
            - Dobrze, Roks. – Cyrus powstał, a za nim pozostała dwójka. – Chodźmy na tę kolację. Samson, proszę abyś jutro do mnie przyszedł, dobra?
            - Spoko – pokiwał głową i uśmiechnął się promiennie. – Potrzebujesz masażu?
            - Obawiam się, że tak – uśmiechnął się krzywo. – Gotowa?
            - Jak najbardziej, braciszku! – zaśmiała się i wzięła go pod rękę. – Pa, Sammy!
            Opuścili halę i razem z tłumem osób przemieszczali się w stronę wyjścia. Roksana podekscytowana mówiła o przebiegu meczów, o szkole i o tym, że już niedługo koniec. Brat słuchał jej cierpliwie. Lubił ją słuchać. Z ich dwójki to właśnie ona była tą głośniejszą częścią.
            - Już wiesz co sobie zamówisz? – spytała zaciekawiona.
            - Mam ochotę na rybę.
            - Ooooch! Teraz to i ja mam ochotę na rybę! – jęknęła. – Narobiłeś mi smaka…
            Zaśmiał się cicho.
            - A jak tam z Bianką? – przysunęła się do niego bliżej i uniosła dwuznacznie brwi.
            - Z Bianką wszystko w porządku – odparł spokojnie. – Przecież sama z nią się spotykasz, powinnaś wiedzieć co u niej.
            - Och, Cyrus… - westchnęła.
            - Przepraszam!
            Zaskoczeni obejrzeli się za siebie. Minęli właśnie kobietę, która musiała mieć około czterdziestu lat. Była szczupła, trochę wychudzona. Ubrana była w jeansy i lekką koszulę. Obserwowała ich przerażonym wzrokiem i cała drżała. Rude, krótkie włosy opadały na jej ramiona, a wśród nich pojawiły się pierwsze szare pasma. Była łudząco podobno do kogoś kogo znali.
            - Tak? W czym możemy pomóc? – zapytał Cyrus.
            Stali przy wyjściu z hali.
            Kobieta oddychała szybko. Pochłaniała ich wzrokiem. Roksana cofnęła się dyskretnie trochę przestraszona.
            - Czy…? – zaczęła kobieta. Była bardzo niezdecydowana. – Cyrus? R-Roksana?
            Blondyn napiął mięśnie, a to go trochę zabolało. Ponad godzinę temu biegał po boisku i jego organizm jeszcze nie do końca się zregenerował. Jednak instynktownie wyczuł niebezpieczeństwo.
            - W czym możemy pomóc? – powtórzył trochę niemiłym tonem.
            - Kim pani jest? – zapytała Roksana. Również i ona poczuła się nieswojo.
            Kobieta przełknęła ślinę.
            - Czy możemy porozmawiać…?
            Cyrus poczuł się jakby właśnie uderzył go piorun. Wyprostował się i wytrzeszczył oczy. Zrozumiał w końcu kogo mu przypominała ta kobieta. Roksanę, tyle że dużo starszą…
            - Nie wiem czy mamy czas – odpowiedział szybko. – Chodź, Roks…
            Dziewczyna jednak się nie poruszyła. Obserwowała kobietę z otwartymi ustami. Wydała z siebie odgłos, coś pomiędzy szlochem, a śmiechem.
            - Roks… - zaczął Cyrus.
            - Pani jest…?
            Kobieta milczała kilka chwil.
            - Waszą mamą – dokończyła. Te dwa słowa zawisły w powietrzu między nimi. Reszta mijających ich ludzi nie miała pojęcia co się właśnie działo. Śmieli się i opowiadali sobie co ciekawsze fragmenty meczów.
            - Ty… - zaczęła Roksana. – Ty! – warknęła.
            - Roks, spokojnie… - zaczął Cyrus. Mimo, że świat mu wirował przed oczami, próbował zachować trzeźwość umysłu.
            - Dzieci – uśmiechnęła się kobieta. – Ja… ja przepraszam… Ja chciałam…
            - Nie obchodzi mnie co chciałaś! – ryknęła Roksana. W jej oczach pojawiły się łzy. Kilka osób obejrzało się za nią. – Nie chcę cię znać!
            Obróciła się wyrwała się z objęcia Cyrusa. Wybiegła na zewnątrz przepychając się przez tłum.
            - Roksana! – krzyknął za nią brat. Spojrzał po raz ostatni na kobietę. – Przepraszam. Porozmawiamy kiedy indziej.
            Przemówił tak oficjalnym tonem, że nikt by nie pomyślał, że mówi do swojej mamy. Jednak nie znał tej kobiety. Nigdy w życiu jej nie widział. Nie poznał. Dlatego nie czuł, aby musiał mówić do niej z czułością.
            Obrócił się i pognał za siostrą. Teraz to ona była najważniejsza. Rozglądał się po tłumie i po raz pierwszy od dawna żałował, że nie jest wyższy. Jednak wszędzie rozpoznałby te rude włosy. Pobiegł za nimi przypadkiem wpadając na kogoś.
            - Roksana!
            Zaskoczyło go jak szybko ona potrafi biegać. Nigdy jej o to nie posądzał, ale jakby nie patrzeć czasami brała udział w ich treningach. Kierowała się w stronę centrum. Nie wiedział ile tak biegli, ale obojga napędzała ta rewelacja. To była ich mama. Kobieta, która pojawiła się w hali to musiała być ich matka. Była tak podobna do Roksany, że pomyłka nie wchodziła w grę.
            Nie wiedział co czuł. Najprawdopodobniej obojętność. Nie był wściekły. Był trochę zaskoczony, ale nie wściekły. Na pewno zachował trzeźwość umysłu, ale zawsze był spokojniejszy od Roksany. Już dawno pogodził się z tym, że nie zna ojca, a matka zostawiła ich zaraz po urodzeniu.
            Dlaczego teraz? Miał już osiemnaście lat. Roksana była młodsza, ale zawsze silne i pogodna. A teraz…? Nigdy nie widział jej w takim stanie. Zawsze próbowała się zmierzyć z problemami, a teraz po prostu uciekła. To mogło być za dużo.
            Dogonił ją dopiero pod Kolumną Zygmunta. Siedziała na schodach, które otaczały cały pomnik. Chlipała, zakrywając twarz. Mijali ją kibice, którzy kierowali się do pubów, aby móc obejrzeć mecz Mistrzostw Europy.
            - Roksana – usiadł obok niej. Objął ją ramieniem, a ona drżąc przytuliła się. Nie mówiła nic. A to miał być taki przyjemny wieczór. – Roksana…
            - Czego ona od nas chciała? – jęknęła. – Cze-ego?
            - Porozmawiać…
            - Czemu się nie wściekasz?! – spojrzała na niego zdenerwowana. Jej zielone oczy były spuchnięte.
            - Dobrze wiesz, że inaczej radzę sobie z problemami…
            Westchnęła ciężko i znów zachlipała.
            - Co zrobimy? – spytał Cyrus. Kilka osób zaczęło im się przyglądać. Tak bardzo ciekawiło ich ludzkie cierpienie.
            - Nie chcę znać tej dziwki! – odpowiedziała hardo Roksana. – Nie chcę! Nie!
            - Nie mów tak o niej…
            - Nie mów tak o niej? – powtórzyła piskliwym głosem. – Miała siedemnaście lat gdy cię urodziła! Zostawiła cię u babci, a dwa lata później urodziła mnie i też mnie zostawiła! I pojawia się po osiemnastu latach i ma czelność prosić nas o rozmowę?!
            - Wiem co czujesz – odpowiedział siląc się na spokój. – Nie musimy się z nią spotykać. Skąd ona w ogóle wiedziała gdzie jesteśmy?
            - Nie wiem. Musimy powiedzieć babci – zarządziła Roksana.
            - Chyba tak. Nie wiem… Powinniśmy. Nigdy nie pytaliśmy o mamę, prawda?
            - Nie. O ojców też nie – pokręciła głową. – Zawsze… próbowałam o tym nie myśleć. Wiedziałam tylko, że mamy dwójkę różnych ojców. Tyle przekazała, gdy nas zostawiała…
            - Cóż… - odchrząknął Cyrus. – Przynajmniej wiemy jedno.
            - Jedno? – spytała zaciekawiona.
            Cyrus milczał kilka sekund.
            - Mój tata był blondynem.
            Roksana popatrzyła na niego chwilę, a potem parsknęła śmiechem. Przytulili się po raz ostatni i razem wrócili do domu gdzie prawdziwymi rodzicami byli babcia z dziadkiem.

***



(Dla przyjemności czytania polecam włączyć ten kawałek)
Anberlin - Enjoy the Silence

            To był ciepły wieczór. Bardzo przyjemny. Dlatego, aby ochłonąć po emocjach tego wieczoru Gerard i Helena wybrali się na spacer. Właśnie wychodzili z hali po obejrzeniu meczów koszykarskich. Helena jako wielka fanka tego sportu chciała obejrzeć każde z rozgrywających się spotkań.
            - Nie spodziewałem się, że jesteś aż tak wielką fanką – zaśmiał się wesoło Gerard.
            - Oczywiście, że jestem – odpowiedziała. – Jestem przecież kapitanką.
            Gerard uśmiechnął się szeroko.
            - Pamiętam. Hej, masz ochotę iść do kina?
            - Oho, ho! – zaśmiała się wesoło. – Wyczuwam randkę.
            Chłopak uśmiechnął się lekko.
            - Tak.
            Helena zarumieniła się lekko. Zawsze gdy to robiła wyglądała uroczo, a przynajmniej według oczu Gerarda. Odgarnęła swoje włosy i poprawiła okulary. Nie zdążyła odpowiedzieć, bo gdy otworzyła usta coś ją mocno szturchnęło. Wtedy poleciała do przodu i wpadła na Gerarda. Chłopak złapał ją i już chciał krzyknąć na tego co popchnął jego sympatię.
            - Cyrus…? – zdziwił się. Jego przyjaciel z klasy przebiegł koło nich niczym błyskawica, a potem wykrzyczał imię swojej siostry.
            - Przepraszam! – pisnęła Helena. Chciała się wyprostować, ale Gerard przytrzymał ją i przycisnął do siebie. Potem, nie czekając na jej pozwolenie, pocałował ją. Wyglądała na początku na zaskoczoną, ale pozwoliła na tę pieszczotę zaskakując samą siebie. Nie często pozwalała na to facetom, ale…
            Teraz czuła się jak w niebie. Jego ciepłe usta były takie przyjemne, miękkie i sprawne. Temperatura rosła i zaczęły być rozpalone. Helena westchnęła. Kilka dziewczyn spojrzało z zazdrością na całującą się parę. W końcu oderwali się od siebie. Helena oddychała ciężko i zarumieniła się mocno. Przyłożyła dłoń do serca. Gerard uśmiechnął się delikatnie, ale i trochę zadziornie.
            - Dalej chętna na randkę?
            - Ja… - odchrząknęła. Ponownie jej wypowiedź coś przerwało, a tym razem był to telefon.
            - Uznam to za niemieckie „tak” – zaśmiał się Gerard. Helena uśmiechnęła się nieśmiało, a potem odebrała.
            - Czego chcesz? – syknęła do słuchawki. Gerard uniósł brew. – Na meczu. Tak jak mówiłeś, ale… ale dość…  - rozłączyła się i spojrzała na Gerarda. W jej oczach krył się strach.
            - Hej, wszystko w porządku?
            - Gerard, posłuchaj – powiedziała i złapała go za koszulę. Jej telefon ponownie zadzwonił. – Chyba się w tobie zakochałam…
            Gerard wyszczerzył zęby.
            - Ja w tobie też…
            - Nie, nie – pokręciła głową. – Posłuchaj! Nie spodziewałam się, że to tak daleko zajdzie. To wszystko co się dzieje… było zaplanowane.
            Gerard zmarszczył czoło.
            - Zaplanowane? Jak to zaplanowane? – zapytał czujnie.
            - To nie był mój pomysł – wyjaśniła szybko. Telefon dalej dzwonił. – To ten chłopak. Bazyli. – Gdy wymówiła tę imię Gerard stanął na baczność i przybrał pozycję obronną. – Powiedział, że jesteś okropny i że ktoś musi ci dać nauczkę. Zgodziłam się bo wiesz… to mogła być dobra próba na przetestowanie moich zdolności aktorskich. Wiesz, że kocham teatr. Miałam ci dać nauczkę, ale – przyjrzała się mu. – Nie jesteś wcale zły! Nie jesteś! Bazyli mnie okłamał, a ja… poczułam do ciebie więcej niż planowałam. Ten pocałunek mnie w tym utwierdził. Gerard, ja przepraszam! Ale chcę być z tobą szczera…!
            - Bazyli. – Gerard zachowywał się jakby tylko to słowo wychwycił z całej wypowiedzi. – Dlaczego… się na to zgodziłaś?
            - Opowiedział mi o tobie, ale teraz widzę, że kłamał – wyjaśniła szybko. Gerard spojrzał na dzwoniący telefon.
            - To on, prawda? Przez ponad miesiąc dawał ci instrukcje, tak? Napad na ciebie też był inscenizacją?
            Pokiwała głową. Patrzyła na niego z wielką skruchą. W oczach kryły się łzy.
            - Gerard, ja naprawdę przepraszam. Ale już między nami będzie dobrze, prawda?
            Cofnęła się o krok, gdy dostrzegła pustkę w jego oczach. Żaden z dwóch kolorów nie iskrzył się.
            - Nie. Nie jest dobrze – odpowiedział. – Nie chcę cię już widzieć – ukrył ból za groźbą. – Leć do Bazylego. Powiedz mu, że mu się udało – zaśmiał się histerycznie. – Serce mi pękło.
            - Gerard! Nie! Nie mów tak! – poprosiła. Chciała złapać go za rękę, ale wyrwał się szybko. – Przepraszam za wszystko!
            - To bez znaczenia. Żegnaj, Heleno – odwrócił się i odszedł najszybciej jak potrafił. Usłyszał jeszcze swoje imię, gdy dziewczyna desperacko za nim wołała. Nie zatrzymał się. Serce mu na to nie pozwalało.

***

            Lubiłem świętować z drużyną. Naprawdę wiele się wtedy działo, gdy siedzieliśmy w Timeless River i uczciliśmy naszą wygraną w półfinale. Żałowaliśmy, że nie było z nami Cyrusa, ale rozumieliśmy, że zawsze na pierwszym miejscu stawiał rodzinę.
            Dlatego, jakby to powiedziała moja babcia, w sześciu chłopa piliśmy piwo. Dawid i Filip przekomarzali się co do tego dzięki komu zwyciężyliśmy. Wszystko wskazywało na to, że jednak to była zasługa Dawida, ale Filip nie dawał za wygraną.
            Ariel udowodnił, że z dużym ciałem wiąże się duża przyswajalność alkoholu, bo mimo iż wypił tyle co my nie był ani trochę pijany. Potem zaczęliśmy żartować z tego, że już jest po ślubie, ale on odparł jedynie, że nie mógłby być bardziej szczęśliwy.
            Marek za to co chwila próbował zaciągnąć nas na coś w rodzaju parkietu do tańczenia, ale nikt nie miał ochoty, a więc w końcu poszedł sam i gibał się z obcymi ludźmi.
            Za to ja i Gabriel byliśmy raczej cicho, ale dokładnie wiedziałem co nam przeszkadza w rozmowie. Napięcie seksualne. On nerwowo stukał palcami, a ja poruszałem nogą. Dlatego we dwójkę zebraliśmy najwcześniej ze wszystkich.
            Pożegnaliśmy się i zostaliśmy odprowadzeni podejrzliwym wzrokiem.
            Jeszcze na schodach prowadzących do wyjścia z klubu pocałowaliśmy się z Gabrielem. Nikogo tu nie było, a więc mogliśmy zaryzykować. Tym bardziej, że wiedziałem jak bardzo jesteśmy siebie spragnieni.
            Ten całkiem uroczy moment przerwało moje głośne burczenie w brzuchu. Gabriel zaśmiał się w trakcie pocałunku.
            - Przepraszam – odsunąłem się. – Jestem naprawdę głodny. Dzisiejszy mecz wyssał ze mnie wszystko.
            - Zapewniam, że nie wyssał wszystkiego – uśmiechnął się dwuznacznie i prowokująco. Uśmiechnąłem się lekko. – Póki co jednak musisz mieć siłę na noc. McDonald?
            - Och, potrafisz mnie zaspokoić – westchnąłem. Gabriel zaśmiał się i ruszyliśmy na kolację. Do restauracji dotarliśmy kilkanaście minut później. Rzuciliśmy torby na ziemię, a sami zasiedliśmy do jedzenia. Tym razem wielka góra cheeseburgerów była podzielona na naszą dwójkę.
            - Masz jakiś plan? – spytałem.
            - Hę? Odnośnie czego?
            - Odnośnie gry z Apeliotes. Znów zmierzymy się z Krystianem.
            Gabriel uśmiechnął się smutno.
            - Współpracę. Zwłaszcza między nami – wyjaśnił. – Ostatnio trochę…
            - Zawiedliśmy – dokończyłem. – Wiem. Damy z siebie wszystko?
            Pokiwał głową.
            - Dajmy z siebie wszystko. I wygrajmy ten mecz. Razem.
            Uśmiechnąłem się i dalej jedliśmy. Finałowy mecz będzie dla nas prawdziwym wyzwaniem. Cała drużyna będzie musiała dać z siebie wszystko co ma. Nasze talenty musiały wejść na najwyższy poziom.
            Gabriel właśnie żuł cheeseburgera, gdy zamrugał. Wyprostował się i spojrzał ponad moim ramieniem. Uniosłem brwi i spojrzałem na niego pytająco.
            - Co jest?
            - Czy to nie… przewodniczący?
            Z początku nie wiedziałem o co mu chodziło. Do szkoły nie chodziłem od półtora miesiąca, a więc ten termin zaczął być dla mnie obcy. Kilka sekund później zrozumiałem o co chodzi i odwróciłem się.
            Przy stoliku niedaleko nas siedział Gerard z kubkiem parującej herbaty przed sobą. Miał zmęczony wyraz twarzy i tępo wpatrywał się przed siebie. Widać było, że wiele myśli przechadza się po jego głowie.
            - Wygląda jak zombie – rzucił szeptem Gabriel. Spojrzałem na niego wymownie. Zawsze szanowałem Gerarda dlatego nie lubiłem z niego żartować. W tym momencie drgnął i spojrzał na nas. Pomachaliśmy mu nieśmiało i posłaliśmy mu pytające spojrzenia, a także zachęcające do dołączenia do nas uśmiechy. Gerard westchnął, zgarnął kubek i podszedł do nas.
            Usiadł na szczycie stołu, zakładałem, że przyzwyczajenie z pokoju samorządu, a potem uśmiechnął się blado.
            - Nataniel, Gabriel. Miło widzieć przyjazne twarze.
            Wymieniłem się spojrzeniami z moim chłopakiem.
            - Gerard, wszystko w porządku? – zapytał Gabriel.
            Gerard spojrzał na niego ponuro.
            - Nie, Gabrielu. Nic nie jest w porządku. Wpierw mój najlepszy przyjaciel okazał się być moim największym wrogiem, a wszystko przez to, że zakochał się we mnie, a ja nie potrafiłem odpowiedzieć tym samym uczuciem. Mimo iż próbowałem. Nie chciałem go stracić, ale widać, że już wszystko skończone. Na dodatek, gdy udało mi się dźwignąć z tego problemu pojawiła się piękna dziewczyna, w której ja się zakochałem. Okazało się, że została nasłana przez właśnie mojego byłego przyjaciela tylko po to, aby zmiażdżyć moje serce i roztrzaskać je na kawałki. Co się jej udało dwie godziny temu, gdy wszystko mi powiedziała. Na dodatek piję teraz już czwarty kubek herbaty, a poziom teiny w moim organizmie rośnie i rośnie i prawdopodobnie nie będę mógł dziś spać. Mówiąc o braku snu ostatnio nawiedzają mnie koszmary co wcale mi dobrze nie wróży. Wypadające zęby? Choroba albo śmierć kogoś bliskiego. Fantastycznie, prawda? – upił łyk herbaty. – Na dodatek mój horoskop nic takiego nie przewidywał mimo iż jeszcze w czasie matur dzwoniłem do wróżki. Postawiłem sobie nawet tarota. Próbowałem wszystkiego, aby wakacje spędzić jak najmilej! Cholera nawet zainwestowałem w lewoskrętną spiralę! Widać los nie jest mi przychylny – jęknął i schował twarz w dłoniach. – Naprawdę nie wiem czemu? Staram się naprawić moją karmę i wydawało mi się, że wszystko robię dobrze. Okazuje się, że dalej nie odkupiłem swoich złych uczynków! – wyprostował się i zapatrzył w tylko sobie znany punkt. – Kiedy byłem w podstawówce byłem łobuzem. I to strasznym. Musiałem nim być! – dodał szybko, usprawiedliwiającym tonem. – Wszystko przez moje oczy. Wszyscy się z nich śmiali i aby ich zmusić do tego, aby przestali musiałem być okropnym gnojkiem. Nawet należałem do gangu. Gangu, ha, ha! Gówniarz byłem, ale tak na siebie mówiliśmy. Pięciu wyrostków którzy myśleli, że mogą zrobić wszystko. Tępiliśmy i gnębiliśmy wszystkich tak zwanych kujonów. Nasze zachowanie było karygodne! Karygodne! – powtórzył z bólem. – Tak mi się spodobało to, że mam szacunek, że zacząłem mazać sprejem po szkolnych murach, kraść dziennik, nawet raz pobiłem chłopaka bo… właściwie nie było powodu. Chyba po prostu krzywo na mnie spojrzał. To wszystko jednak jest niczym w porównaniu z tym, że zatrzymałem talent. Och, jak bardzo tego żałuję. – Prawie zaczął płakać. Herbata działała na niego bardziej wylewnie niż alkohol. – W szóstej klasie odbywało się coś na zasadzie konkursu talentów muzycznych. Uczniowie mogli się zaprezentować. Na sali miał być nawet łowca talentów. Idealna okazja na spełnienie swoich marzeń. Jeden z kolegów z naszej klasy miał wziąć w tym udział. Tak pięknie grał na skrzypcach, tak cudownie. Mimo, że byłem kim byłem, potrafiłem dostrzec, że ma talent. Tyle, że mój „gang” się na niego uwziął. Gnębił każdy moment jego życia, a i ja niestety przyłożyłem do tego rękę. W końcu chłopak się załamał i uciekł z domu. Nie radził sobie… Jakiś czas później znaleźli go na dworcu. Problem był na tyle poważny, że musiał przenieść się do innej szkoły, a mój gang… cóż, przestał istnieć. Również i ich rozmieszczono po różnych szkołach, jedynie ja zostałem w mojej dawnej szkole. Hah, o dziwo wstawiło się za mną paru nauczycieli, którzy stwierdzili, że jestem inteligentnym chłopakiem i miałem mały problem z oswojeniem się. Mieli rację, bo to wpływ tamtych sprawił, że byłem chuliganem. Ale… oni jako jedyni nie bali się moich oczu. Czułem się z nimi dobrze, wiedziałem, że jestem szanowany. No cóż, skończyło się, a od tamtego czasu z żadnym z moich „przyjaciół” nie rozmawiałem. Dlatego tak bardzo odkąd zacząłem chodzić do gimnazjum chcę być w samorządzie. Jakoś… jakoś naprawić to co kiedyś zrobiłem. Od sześciu lat angażuję się aktywnie w życie szkoły byle tylko pomóc innymi. Pragnę tego bardziej niż własnego szczęścia, ale… - westchnął ciężko. – Los dalej jest przeciwko mnie. A więc, nie Gabrielu. Nic nie jest w porządku.
            Gdy skończył poczułem się jakbym był wyrwany z transu. Gabriel zamarł z otwartymi ustami i cheeseburgerem w połowie drogi do nich. Obaj wpatrywaliśmy się w Gerarda, który teraz osunął się i walnął czołem o blat.
            Wymieniliśmy się spojrzeniami z Gabrielem. Szukałem odpowiednich słów bo wydawało mi się, że „wszystko będzie dobrze” to za mało jak na takie wyznanie.
            - Jeżeli cię to pocieszy to jesteś najlepszym przewodniczącym samorządu jakiego widziałem w akcji – odezwał się Gabriel. Sądząc jednak po jego twarzy nie chciał być częścią tego spotkania. – Wszędzie ciebie było pełno…
            - Gabriel ma rację – podjąłem.
            - Ech… - westchnął Gerard.
            - Nie, mówię serio – dodałem szybko. – Gabriel miał na myśli to, że nie powinieneś ciągnąć za sobą problemów z przeszłości.
            Gabriel uniósł brew. Najwidoczniej wcale nie o to mu chodziło, ale mogłem trochę improwizować.
            - Ale… ale karma... – zaczął Gerard.
            - Karma nie będzie działać jeżeli będziesz cały czas myślał o przeszłości. Ja swego czasu też trzymałem się jej jak głupi, ale czasem po prostu strząsnąć to z ramion i cieszyć się chwilą – wyjaśniłem. – Nieważne ile dobrych uczynków zrobisz, jeżeli nie będziesz myślał pozytywnie, nie spotka cię nic dobrego. Słyszałeś kiedyś o samospełniających się życzeniach?
            Uniósł głowę i przyjrzał się mi swoimi zapuchniętymi oczami. Pociągnął nosem.
            - Tak…
            - Jeżeli nie dopuścisz do siebie odpowiedniej ilości pozytywnej… uch… ee… czakry to karma nie da ci nagrody.
            Gerard zamrugał oczami i wyprostował się.
            - To co mam zrobić?
            - Zapomnieć o przeszłości iść do przodu. To co robiłeś w podstawówce to przeszłość. Nie jest już istotna. Jedynie uważaj to za wzór do którego nie powinieneś wracać. Prawdę mówiąc nie powiedziałbym, że kiedykolwiek byłeś kimś złym. Świecisz przykładem.
            - Teraz tak, ale kiedyś…
            - Powinieneś się zająć problemem Heleny, który jest twoim obecnym – przypomniałem.
            - Powinienem. Ech, może…?
            - Dość – warknął Gabriel. Odrzucił cheeseburgera i spojrzał karcąco na Gerarda. – Panie przewodniczący, nie znamy się za dobrze, ani nie jesteśmy w szkole, więc trochę zaklnę. Co ty kurwa pierdolisz? Nat ma racje! Ogarnij się człowieku! Nie można żyć przeszłością. Wyciągnij wnioski i to tyle. Cała przyszłość przed tobą i nie możesz pozwolić, aby wydarzenie, nieważne jak tragiczne odbiło się na reszcie twojego życia. To chyba jasne, nie?
            Dobrze wiedziałem, że miał na myśli swoich rodziców. Gerard wpatrywał się w niego uważnie.
            - Jesteś bystrym chłopcem, Gerard – skończył Gabriel. – Na pewno znajdziesz jakieś rozwiązanie.
            Przewodniczący milczał przez chwilę, a potem jego kąciki ust drgnęły.
            - Tak. Chyba macie rację. Hm… trochę mi lepiej, dziękuję. Chyba faktycznie za długo się przejmuję tym co było. Czas leci, prawda?
            Pokiwaliśmy głowami. Gerard chciał coś jeszcze powiedzieć, gdy drzwi niedaleko nas się otworzyły i do środka biegiem wpadła czwórka osób. Rozejrzeli się po pomieszczeniu i gdy odnaleźli Gerarda, podbiegli do niego.
            - Gerard! – Na jego szyję rzuciła się Flora. – Co się stało? Aureli mówił, że płakałeś.
            - Dzięki, Aureli… - jęknął Gerard duszony przez Florę. – Co tu robicie?
            - Jak to co? Chciałeś pogadać – przypomniał Aureli unosząc brew.
            - Tak, przez telefon. Już ci mniej więcej opowiedziałem co i jak… - odparł Gerard.
            - Nonsens! Nie zostawia się tak cierpiącego przyjaciela. – Aureli nie dawał za wygraną. – Zebrałem resztę i oto jesteśmy.
            - Prawda, panie przewodniczący – przyznał Kacper. – Zbieraj się.
            - Hę? – zdziwił się Gerard. Flora już go puściła i pomachała nam. – Gdzie?
            - Niespodzianka – odpowiedziała poważnie Klara. Jej ton wskazywał na to, że to niekoniecznie musi być miła niespodzianka.
            Gerard popatrzył po pozostałych członkach samorządu i uśmiechnął się. Dopił już chłodną herbatę i wstał od stołu.
            - Dziękuję wam za rozmowę Natanielu i Gabrielu. Życzę wam powodzenia w finałowej grze. Na pewno będę wam kibicować.
            - Ja też! – dodał gorliwie Aureli.
            - I ja! – klasnęła w dłonie Flora.
            - Ja również – pokiwał głową Kacper.
            Klara jedynie skinęła ku nam. Gerard pożegnał się, a potem wraz z całym samorządem uczniowskim opuścił restaurację. W piątkę stanowili naprawdę dobrą paczkę przyjaciół.
            Gabriel spojrzał na mnie i uniósł brew.
            - Co się właśnie stało?
            - Nie mam pojęcia – westchnąłem. – Nie mam pojęcia. Gerard chyba potrzebował naszej rady, a potem sobie poszedł. Mam wrażenie, że to był sen.
            Gabriel roześmiał się i zjadł ostatniego burgera. Potem wyszliśmy na dwór mijając wesołych kibiców, których drużyna wygrała. W międzyczasie dostałem nawet buziaka od jakiejś obcej mi dziewczyny.
            Wracaliśmy do domu metrem. Od razu przypomniał mi się nasz pierwszy wspólny powrót do domu, gdy jeszcze nie znałem Warszawy. Gabriel wtedy mnie odprowadził, a jak się później okazało już od tego momentu się polubiliśmy chociaż żadne z nas sobie jeszcze z tego nie zdawało sprawy.
            Poczułem jak ciężar jego ciała przechyla się w moim kierunku. Spojrzałem na niego, a potem uśmiechnąłem się lekko. Gabriel zasnął i oddychał spokojnie. Nie chciałem mu przerywać, ale na naszej stacji musiałem go brutalnie obudzić. Ocknął się i rozglądał rozkojarzony dookoła.
            - Zasnąłem?
            - Tak – odpowiedziałem, gdy przemierzaliśmy peron. – Chcesz iść spać?
            - Nie – pokręcił głową i przeciągnął się. – Dalej pamiętam po co poszliśmy do McDonalda. Nie po to, aby szerzyć pomoc, ale – uniósł brwi. – Zasługujemy na chwilę przyjemności, prawda?
            - Cyrus nie będzie zachwycony.
            - Zaryzykujmy – zaśmiał się.


________________________________________________________________

            Notka dodana z małym poślizgiem czasowym. Wszystko przez to, że postanowiłem napisać tu więcej niż na początku zakładałem. No i poza tym chciałem wczoraj obejrzeć skok z kosmosu :D 

            W każdym razie – oto nowy rozdział. Do końca zostały dwa i epilog. Ten rozdział był napisany w 1/3 podczas Livestreamu dwa dni temu. Dziękuję za Waszą pomoc!

            Pojawił się dzisiaj Maksymilian! Możecie o nim poczytać w dziale Spis Bohaterów.

            Ponadto szykuję dla Was małą niespodziankę o nazwie „Ciekawostki z opowiadania Brakujący Element”. Mam nadzieję, że Wam się spodobają! Zostaną one opublikowane po zakończeniu całej serii. Obecnie opowiadanie ma już 65 ciekawostek, a jeszcze kilka na pewno się znajdzie. 

           Dodałem też kilka nowych Fanartów. Tak dla informacji :)


            To chyba tyle! Od razu poinformuję, że NIE WIEM kiedy kolejna część ;)

            Do poczytania!

15 komentarzy:

  1. BOSKI ROZDZIAŁ! :) Szkoda, że do końca zostały 2 rozdziały i epilog. Ale mam nadzieję, że powstanie nowe opowiadanie. ^^ WENY ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Doczekałam się <3 Super rozdział. A jak zobaczyłam tytuł na początku, to od razu przypomniał mi sie LiveStream. Tak wszyscy sie o autora troszczyli i pytali o herbatkę :D Nie mogę uwierzyć, że jeszcze 2 rozdziały i epilog i będzie koniec tego opowiadania. Jak ja teraz czasami co chwilę patrzę czy coś jest, a co dopiero jak zakończysz opowiadanie. Pewnie dalej będę tu wchodzić.. No, ale to jeszcze trochę czasu. Pozdrawiam SylwiaB

    OdpowiedzUsuń
  3. Prawie połowę napisałeś z nami :D
    "- Oj, oj – westchnął Filip. – Oj, oj. Bardzo oj, oj." kocham ten fragment xD Filip jest genialny xD
    Oj, oj, ale wygrali! Skoro pokonali Maksymiliana, który jest naprawdę dobry, pokonają wszystkich! Z Krystianem przegrali chyba tylko dlatego, że Nat i Gabriel nie grali razem, a osobno. Przynajmniej ja mam takie wrażenie.
    Zaskoczyłeś mnie tym fragmentem z matką Cyrusa i Roksany! (jak i tym z Gerardem i Heleną, ale o tym za chwilę) Teraz rozumiem, czemu Cyrus jest czasem zaborczym bratem. Pewnie często musiał być dla Roks bratem i jednocześnie ojcem...
    Gerard i Helena... Kolejne zaskoczenie, bo nie spodziewałam się, że Helena pojawiła się z tak perfidnym planem. Boże! Bazyli to świnia! Rozumiem, że cierpiał, ale zemsta nie jest niczym dobrym, a na pewno nie pomaga! Jestem ciekawa, czy nadal będzie miał fanów... Kto by pomyślał, że z Gerarda był taki gagatek...
    Chyba opisałam całą część xD
    Czekam na kolejną <3

    OdpowiedzUsuń
  4. Wiedziałam że wygrają :P Są najlepsi x)
    Biedny Gerard... o co chodzi temu Bazylemu? Po tym wszystkim co Gerard dla niego robił?
    Część jak zwykle genialna i oczywiście tradycyjnie ucięta w najciekawszym momencie x(
    generalnie rzecz biorąc nie mogę uwierzyć że to przed-przed ostatnia część :O
    No ale czekam na finał :)

    Massacre

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo przyjazny rozdzial :) i bardzo żaluję, że nie mogłam brać udziału w sobotnim livestreamie :c pozdrawiam i życzę weny
    Hiniku xoxoxo

    OdpowiedzUsuń
  6. Aaa!!! Matka Roksany i Cyrusa?! Tego się nie spodziewałam... Przyzwyczaiłam się do tego, że Twoja twórczość jest zaskakująca, ale tego się nie spodziewałam xD Rozdział zajebisty (jak zawsze)... Bazyli okazał się chamem, ale i tak go lubię ;D Dlatego błaaaagam... Daj Bazylkowi happy end... Skrzywdziło go życie, to niech przynajmniej koniec ma szczęśliwy (tylko go nie uśmiercaj xDDD) ^^ Z niecierpliwością czekam na next ;D

    OdpowiedzUsuń
  7. Hej mam pytanie będzie coś jeszcze o Aleksie i Szymonie ? ;)
    Nati

    OdpowiedzUsuń
  8. wypowiedź Gabriela : 'Panie przewodniczący, nie znamy się za dobrze, ani nie jesteśmy w szkole, więc trochę zaklnę. Co ty kurwa pierdolisz? Nat ma racje! Ogarnij się człowieku! Nie można żyć przeszłością. Wyciągnij wnioski i to tyle. Cała przyszłość przed tobą i nie możesz pozwolić, aby wydarzenie, nieważne jak tragiczne odbiło się na reszcie twojego życia. To chyba jasne, nie?' noo przyznam spodobał mi się sposób myślenia Gabiego ;)
    co do meczu.. wow nie źle się działo ^^
    Autorze aż mam chcęć pograć w kosza i chyba poproszę swojego chłopaka bo on gra ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Nieźle, mam wrażenie, że chyba tylko Marek (no dobrze, Filip i Dawid też) nie mają jakiejś pokręconej przeszłości. Mocny, emocjonalny, pełny informacji rozdział, super, aż żal, że koniec zbliża się tak wielkimi krokami.
    Pozdrawiam,
    Dominikalem

    OdpowiedzUsuń
  10. Drogi Autorze i wszyscy wierni czytelnicy! Mam wielka prosbe/propozycje/pomysl jakze genialny! Autorze,dopiesc swoich czytelnikow i zaserwuj nam znowu livestream. Nie namawiam bardzo ze koniecznie w ten weekend rozumiem ze masz tez swoje zycie,jednak w najblizszej przyszlosci. My jako czytelnicy bedziemy aktywnie uczestnizyc w spotkaniu-nie to co ostatnim razem- a Ty zaspokoisz nasza ciekawosc odpowiadajac na niekrore pytania ktore,licze na to,nie beda wkraczac bardzo na twoje zycie prywatne. A jesli powstanie chociaz krotka czesc nowego rozdzialu w tym czasie z naszym udzoalem to juz w ogole bedzie super.Prosze o jakas odezwe ludu! ;) pozdawiam ps. Autorze,jak wrazenia po ostatnim livestreamie? Zaskoczony,zadowolony,zawiedzony...?

    OdpowiedzUsuń
  11. Wybacz że nie komentuję z każdym nowym rozdziałem, ale po prostu nie mam za wiele czasu.
    Rozdział bardzo mi się podoba, zwłaszcza opis meczu. Prawdopodobnie denerwowałam się bardziej od Natana ^^""
    Jakoś ze wszystkich przeciwników młodych wilków, najbardziej polubiłam Maksymiliana. Sama nie wiem czemu...
    Osobiście stałam się fanką Filipa, naprawdę bardzo go polubiłam, nawet bardziej od Cyrusa o.O (ale tylko troszeczkę bardziej)
    Nigdy nie pomyślałabym że Gerard był kiedyś w gangu. Cóż w każdym razie już jest przykładnym obywatelem.
    Pozdrawiam
    Aihi

    OdpowiedzUsuń
  12. Mam pytanie czytasz jakieś opowiadania? Poleciłbyś coś?

    OdpowiedzUsuń
  13. Masakra O_o tyle sie działo w tym rozdziale , ze muszę na spokojnie przetrawić te wszystkie wydarzenia xD aż miło było czytać <3 tylo szkoda że kończysz juz te historię T_T liczę na to ze jeszcze stworzysz jakiegoś ciekawego bloga <3 chętnie poczytam, a jeszcze chętniej go rozreklamuję :D ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. "Pot lał się z naszych ciał, a wysiłek dawał o sobie znać licznymi bólami. Samson jak tylko mógł rozmasowywał obolałe członki."

    hmm... no może nie będę męczył autora krępującymi pytaniami. ;)
    dodam, że ma on niesamowity talent do wciągania w swoje opowiadania, potrafi rozbudzić wyobraźnie i zmusza da myślenia. a to już pierwsze oznaki wielkiego daru, żeby nie powiedzieć noblowskiego. ;) heh
    pozdrawiam i ślę ukłony, weny!

    OdpowiedzUsuń
  15. Haha..Już z przyzwyczajenia od Filipa zmiast czytać Cyrus to czytam Cytrus xDD

    OdpowiedzUsuń