Opowiadanie inspirowane jest anime Kuroko no Basuke!

Wejść na bloga (Od 20.07.2012r.)

czwartek, 20 grudnia 2012

Rozdział bonusowy - Duch Świąt

Rozdział dodatkowy do opowiadania „Brakujący element”
Akcja ma miejsce w trakcie trwania Epilogu między listopadem Gerarda, a grudniem Bazylego.


Duch Świąt
 
            Długi gwizdek oznajmił koniec gry. Piłka akurat wypadła z kosza i uderzyła o parkiet, a wraz z tym rozległa się burza oklasków. Kibice krzyczeli głośno i wiwatowali, ale ja nie miałem powodów do radości. Otarłem czoło żółtą frotką i próbowałem złapać oddech. Cieszyłem się, że mecz już się zakończył. Mogłem chwilę odpocząć. Oparłem się o swoje kolana.
            Uniosłem wzrok. Przede mną stał Cyrus i wyciągał ku mnie rękę. Uścisnąłem jego dłoń i spojrzałem mu w oczy. On również ciężko oddychał, ale to nic dziwnego. Jak zawsze biega najszybciej ze wszystkich.
            - Wspaniała gra, Natanielu – przemówił dobrze mi znanym władczym tonem.
            - Dziękuję, kapi… erm… Cyrusie – poprawiłem się szybko. Od ponad pół roku nie był moim kapitanem, ale zdaje się, że stare nawyki pozostają. – Nie dziwię się, że jesteście uniwersytecką drużyną.
            Spojrzałem ponad jego ramieniem. Widziałem tam pozostałą czwórkę z drużyny „Elementaris”. Wspólnie tworzyli bezczelnie silnych rywali.
            Płomiennowłosy Bruno jak zwykle szczycił się brutalną grą, która pod wodzą Cyrusa została trochę ujarzmiona, ale dalej pozostawał niebezpieczny. Swoim stylem gry przypominał obecnego kapitana, ale był o wiele wolniejszy.
            Krystian za to jak zwykle przyjmował wszystko ze stoickim spokojem. Prawie tańczył na boisku, a jego skoki były coraz wyższe. Naprawdę wyglądał jakby latał.
            Norbert skrócił włosy, ale dalej farbował je na zielono. Nie wiedziałem jaki wydział mógł go przyjąć, ale najwidoczniej nie mieli z tym problemów. Poza tym dalej na boisku jego podania i atak były nie do zatrzymania.
            Ostatni z nich, a zarazem najwyższy – Maksymilian, blokował wszystko co się dało. Każdy rzut i atak.
            Cała ta kombinacja wszystkich elementów doprowadziła do tego, że moja drużyna przegrała 135 : 38. Porażka była bardzo bolesna. Ale nie mogłem się dziwić. Jedyną osobą po mojej stronie, która wcześniej miała do czynienia z koszykówką byłem ja sam. Innymi słowy… nie mieliśmy szans.
            Funkcja kapitana drużyny nie była łatwa. Dopiero teraz zrozumiałem z czym musiał męczyć się Cyrus, gdy to ja byłem członkiem Młodych Wilków.
            Wszystkie te przemyślenia przeleciały przez moją głowę, w ciągu tych kilku krótkich sekund, kiedy trzymałem Cyrusa za rękę. On również miał na nadgarstku żółtą frotkę.
            - Teraz będziesz musiał zagrać przeciwko Dawidowi – spojrzałem za siebie. Kolejna drużyna już się rozgrzewała, a wśród nich dobrze nam znany przyjaciel. Uśmiechnął się do nas blado i poprawił spodenki. Nie mogło zabraknąć żółtej frotki, która dalej była dla nas bolesnym symbolem.
            - Dam z siebie wszystko – zapewnił Cyrus. – Nie lekceważę przeciwników.
            - Wiem to – uśmiechnąłem się do niego. Cyrus odwzajemnił ten gest.
            - Kapitanie! – zawołał Maksymilian. – Bruno wariuje!
            - Nie wariuję! – ryknął rudy i zdzielił Maksymiliana. Wyglądało to komicznie bo różnica wzrostu między nimi była naprawdę widoczna.
            - Uspokójcie się. Robicie wiochę – warknął Norbert.
            - Skaranie boskie z wami… - westchnął ciężko Krystian. We czwórkę zaczęli ze sobą głośno dyskutować nie zauważając nawet tego, że sędzia chciał rozpocząć już kolejny mecz. Cyrus westchnął ciężko i spojrzał na mnie przepraszającym wzrokiem.
            - Miło było z tobą zagrać, Natanielu.
            - Wzajemnie.
            Po raz ostatni skinął głową, a potem obrócił się na pięcie i klasnął w dłonie. Ruszył w stronę „Elementaris” rozkazując im przestać. Podziwiałem to, że nawet nad swoimi dawnymi rywalami potrafił zapanować. Zwróciłem się w stronę własnej drużyny, która już siedziała na ławce, całkiem przybita. Musiałem teraz walnąć jakąś motywacyjną gadkę, ale nie byłem w tym nigdy dobry. Prawdę mówiąc funkcja kapitana bardzo mi nie odpowiadała. Dostałem ją tylko dlatego, że należałem do Siedmiu Cudów. Teraz jednak wychodziło na jaw, że byłem najgorszym z tych Cudów.
            - Nie martwcie się – zwróciłem się do mojej drużyny. – Elementaris są naprawdę potężną drużyną. Miałem okazję zagrać przeciwko każdemu z nich.
            - Czy to prawda, że Cyrus był kapitanem Siedmiu Cudów? – zapytał mnie nasz główny obrońca.
            - Tak – pokiwałem głową. – A Bruno, Krystian, Maksymilian i Norbert to kolejna czwórka fenomenalnych graczy. Obawiam się, że tytuły Cudów należą teraz do nich…
            - A ten? – wskazano ponad moje ramię, na boisko. Powiodłem tam zmęczonym spojrzeniem.
            - To Dawid. Również jeden z byłych Siedmiu Cudów.
            - No ja cię kręcę! To jak my mamy z nimi wygrywać? Czy tutaj są wszystkie Cudy?
            Rozejrzałem się po wszystkich drużynach, które brały udział w turnieju organizowanym przez samorząd studencki. Impreza odbywała się na terenie Akademii Wychowania Fizycznego w bardzo nowoczesnej i przestronnej sali. Bilet wstępu kosztował symboliczne pięć złotych, a wszystko miało iść na schronisko dla psów. Oczywiście bardzo dobrze wiedziałem kto stoi za tym pomysłem. Właściciel niecodziennych oczu, błękitnego i brązowego, który już dostał się do samorządu. Akcja ta była tak głośna, że całe trybuny były zajęte.
            Widzowie mogli obserwować zmagania wydziałowych drużyn, które rywalizowały ze sobą o Świąteczny Puchar. Z tego co słyszałem większość osób przybyła tutaj, aby się przekonać, że miejska legenda o Siedmiu Cudach wcale nie jest legendą.
            Mieli ku temu okazję, ponieważ na sali znajdowali się wszyscy moi przyjaciele z dawnej drużyny. Ja i kapitan Cyrus, który już uspokoił swoją drużynę, Dawid szykujący się do starcia z Cyrusem, Filip, właśnie co pokonany przez Gabriela oraz Ariel, którego następnym przeciwnikiem miał być właśnie Gabriel.
            Obserwowałem ich uważnie i dziwnie się czułem wiedząc, że każde z nas jest w innej drużynie. Ciągle miałem wrażenie, że stanę po ich stronie i razem zdobędziemy puchar, ale tym razem byliśmy rywalami. No i oczywiście brakowało Marka…
            Przeniosłem spojrzenie na Gabriela, a ten uśmiechnął się do mnie z drugiej połowy boiska. Pokiwałem głową, gdy on wskazał wyjście.
            - Tak. Wszystkie Cudy tu są. Przepraszam was na chwilę.
            Ruszyłem we wskazanym wcześniej kierunku, mijając zatłoczone trybuny. Mecz Cyrus kontra Dawid rozpoczął się, ale nie byłem pewien czy chcę oglądać tak silnej rywalizacji moich przyjaciół. Osobiście, gdy grałem przeciwko Cyrusowi było mi bardzo przykro.
            Gabriel czekał na mnie w zaułku ciemnego korytarza skąd, jak podejrzewałem, szło się prosto na basen. Ponieważ nikogo tu nie było przytuliliśmy się. Jego ciało dalej było ciepłe od emocjonującej gry przeciwko Filipowi.
            - Gratuluję zwycięstwa – przywitałem się z nim. Potem musiałem stanąć na palcach, aby móc go pocałować.
            - Dziękuję. A mi przykro, że przegrałeś…
            - Grałem przeciwko Elementaris. Szanse miałbym tylko gdybyś grał po mojej stronie razem z Arielem, Filipem i Dawidem.
            - Ta… chyba każde z nas jest skazane na przegraną – pokiwał głową. – Ale nie poddam się! Spróbuję wygrać… dla ciebie.
            Uśmiechnąłem się pod nosem i spojrzałem mu w oczy. Odwrócił wzrok i się zarumienił.
            - No proszę… ty też potrafisz powiedzieć czułe rzeczy.
            - Weź przestań… - puścił mnie i podrapał po głowie. – Erm… masz ochotę się gdzieś przejść po turnieju?
            - O ile nie odpadną nam nogi z wysiłku… - podrapałem się po głowie.
            Gabriel wywrócił oczami.
            - Nie odpadną.
            Przeleciałem wzrokiem po jego wzroście. Od włosów po stopy. Potem wróciłem do krocza i zmarszczyłem czoło. Uniosłem brew, a Gabriel prychnął cicho.
            - Nie przejmuj się tym.
            - Twój penis stoi – stwierdziłem dotykając go palcem przez cienki materiał spodenek. – Chcesz tak wyjść na boisko? Z wybrzuszeniem?
            - Jak tak go będziesz trącał to wcale mi nie pomożesz. – Teraz był już czerwony na twarzy. To było takie urocze, że ten olbrzym potrafił być taki nieśmiały.
            - Myślałem, że to działa na odwrót…
            Gabriel otworzył usta, a potem je zamknął. Rozejrzał się po całej długości korytarza, ale nikogo nie było. Dochodziły nas jedynie odgłosy gry, a sądząc po krzykach kibiców musiało się dziać coś emocjonującego.
            - Nat, nie drażnij mnie – ostrzegł, ale jego głos wcale na to nie wskazywał.
            - Chcę ci tylko pomóc – zapewniłem szczerze. – Frustracja seksualna nie pozwala na dobrą grę.
            Jęknął przeciągle i rozejrzał się po korytarzu. Złapał mnie za rękę i zaprowadził do jednej z łazienek. Graniczyła ona z szatniami, które obecnie były opustoszałe. Wpadliśmy do nieużywanej kabiny i pocałowaliśmy się mocno. Szkoda było, że nie mogliśmy okazywać naszego uczucia poza zamknięciem, ale już sobie wyobrażam to piekło w szatni, gdybyśmy się przebierali po meczu. Większość bałaby się, że coś zrobimy, a to zwykła głupota…
            - Myślałem, że chcesz mi pomóc – syknął.
            Nie odpowiedziałem, ale za to wjechałem swoją ręką pod jego spodenki. Przytulił mnie mocno do siebie i drżał, gdy go dotykałem w sposób jaki lubił. Zachowywał się względnie cicho, bo musieliśmy zachować dyskrecję. Ale…
            - Ach… Natannn…! – jęknął głośniej, gdy ukucnąłem.
            Uśmiechnąłem się i szturchnąłem palcem jego penisa.
            - Świąteczna laska – stwierdziłem. Gabriel zaśmiał się i pokręcił głową.
            - Serio? W takim momencie?
            - Innego bym nie znalazł.
            Otworzyłem usta.

***

            Siedziałem z Gabrielem na ławce w korytarzu. Mecz Dawid kontra Cyrus powoli dobiegał końca. Mój chłopak oddychał ciężko, ale z zadowoleniem. Podsunął mi pod nos moją lemoniadę z automatu. Uśmiechnąłem się do niego z wdzięcznością.
            - Lepiej? – spytałem.
            - Zdecydowanie – pokiwał głową. – Zaczynam za pięć minut…
            - Grasz przeciwko Arielowi – spojrzałem na tablicę wyników. – Nieciekawie, ale możesz go pokonać.
            - Postaram się – obiecał. – Erm… Nat.
            - Hm?
            - Mam do ciebie pytanie. Co robisz na Święta? – Gdy zadawał to pytanie nie patrzył mi w oczy.
            - Prawdopodobnie jak co roku. Pojadę do babci, posiedzę z rodziną i drugiego dnia wrócę. A co?
            Podrapał się po głowie i upił łyk z puszki. Zmarszczył czoło.
            - Pomyślałem sobie… Oczywiście o ile chcesz. Drugi dzień Świąt spędzić u mnie?
            - Obawiam się, że musiałbym przyjść z Leo.
            - Nie ma sprawy! Olga się ucieszy – pokiwał gorliwie głową. – Nawet bardzo… Ostatnio rzadko u nas bywasz.
            Podrapałem się po głowie i uśmiechnąłem szeroko.
            - Miałem zaliczenia – wyjaśniłem. – Moja mama panikuje bardziej ode mnie. Musisz mi to wybaczyć. Ale na czas Świąt jestem twój.
            Gabriel uśmiechnął się zadziornie i skinął głową.
            - Uważaj na słowa – poradził i zgniótł puszkę. Trybuny eksplodowały radością, a to oznaczało, że mecz Cyrus przeciwko Dawidowi się zakończył. Popatrzyliśmy po sobie z Gabrielem.
            - Lubię Dawida, ale wiem, że wygrał Cyrus…
            - Tak – przyznał i dźwignął się z ławki. – Pora się przekonać kto zagra w finale.
            Poczochrał moje włosy i uśmiechnął się do mnie. Potem odwrócił na pięcie i ruszył do swojej drużyny, a ja spokojnym krokiem powlokłem się za nim. Naturalnie wygrali Elementaris.
            - Natanuś! – Ktoś strzelił mnie w plecy z otwartej w dłoni i prawie wyleciałem na parkiet. Rozmasowałem to miejsce i jęknąłem.
            - Filip…
            - Przebrzydły Gabriel pokonał mnie w ćwierćfinałach – westchnął i teatralnie przystawił dłoń do czoła. – Ach, czemu? Czemu?!
            Wywróciłem oczami i wróciłem wzrokiem do gry. Gabriel przeciwko Arielowi.
            - Co tam u ciebie, błękitnoczuprysty? – zapytał.
            - Nie ma takiego słowa…
            - Już jest – odpowiedział z dumą. – Dawno się nie widzieliśmy! Stęskniłem się za tym, że wyglądasz jak podpórek.
            Lekko pokręciłem głową, ale nie dałem się sprowokować.
            - Och! Nie bądź taki, Naaaaaat! Potrzebuję moralnego oparcia po tym jak Gabriel rozwalił mi moją reputację – westchnął ciężko. – Jestem sensacją na wydziale, wiesz?
            - Jesteś też sensacją na całym uniwersytecie…
            - Naprawdę? A co mówią?
            - Wolisz nie wiedzieć – uśmiechnąłem się pod nosem.
            - Co?! Ej, ej, ej! Natuś! Nie bądź okrutniejszy niż reszta Cudów!
            - Mają cię za geja.
            Filip zamrugał oczami, a potem otworzył usta. Nic się jednak z nich nie wydobyło, więc je zamknął. Lubiłem te momenty, gdy Filip nic nie mówił. Były tak wyjątkowe.
            - Jak to geja? Ja gejem? Ja?!
            - Czego się spodziewałeś? Używasz szminki…
            - Dla mężczyzn! – zaperzył się i skrzyżował ręce na piersi. – Taka jest praca modela, wiesz? Musisz być piękny.
            - Z pewnością jesteś…
            - To dlatego nie mogę znaleźć dziewczyny! – uderzył się w czoło. – Myślą, że jestem gejem!
            - Krzycz głośniej – wskazałem na kilka osób, które zaintrygowane zwróciły się ku nam.
            - Szlag by cię, Natuś! Ech, dobra, nieważne. Opowiedz mi o swojej porażce z Cyrusem? Ile przegrałeś?
            - Dobrze wiesz ile przegrałem, Filip – pokręciłem głową z niezadowoleniem. – Sam niemiałbyś szans przeciwko Elementaris.
            - Czy ja wiem? – oparł się łokciem o moją głowę. Zabolało. – Znam słabość Cyrusa.
            Strąciłem z siebie jego łokieć.
            - Nasz kapita… znaczy. Cyrus nie ma słabości.
            - Każdy ma słabość – sprzeciwił się. – Nawet ty, Natan. I chyba wiem jaka jest twoja słabość – roześmiany wzrok przeniósł ze mnie na wrzucającego piłkę do kosza Gabriela.
            - Zaczynasz mówić jak Bazyli.
            - Przerażające, co? Tak przy okazji, co u naszego perfidnego węża?
            - Nie wiem. Nikt nie wie gdzie jest.
            Była to najświętsza prawda. Od pogrzebu Marka nikt nie widział Bazylego. Chłopak zniknął tak nagle, że nawet rodzina nie wiedziała gdzie się znajduje. Gerard podjął się poszukiwań, ale z tego co słyszałem nie przyniosły efektów. W każdym razie zniknięcie złotookiego wywołało lawinę legend, domysłów i tajemnic. Niektórzy twierdzili, że Bazyli już nie żyje. Inni przysięgali, że widzieli go w Warszawie, a jeszcze inni głosili, iż wyjechał za granicę i już nigdy nie wróci.
            Nie wiedziałem jaka jest prawdziwa wersja, ale brak Bazylego w moim życiu nie był specjalnie dotkliwy. Przynajmniej nie bałem się, że ktoś knuje za moimi plecami. No i jego notes został spalony, a więc nie groziło nic nikomu kto był w nim zapisany.
            - Fantastyczna gra – pogratulował nam Gerard, który nagle się przy nas pojawił. Jego oczy dalej wzbudzały we mnie strach i fascynację. – Gratuluję. Fenomenalna...
            - Oszczędź sobie – prychnął Filip. – I ja i Natan przegraliśmy.
            - Cel jest ważniejszy niż wygrana w turnieju – zbagatelizował Gerard unosząc dłonie. Na szyi zawieszoną miał plakietkę ze swoim imieniem, nazwiskiem i funkcją w samorządzie studenckim. – Dzisiejsza gra to zabawa.
            Daleko nam było od zabawy. Nie mówiliśmy tego głośno, ale każdy z pozostałych Cudów chciał udowodnić, że to jednak on był najlepszy w drużynie. Obecnie wychodziło na to, że to ja byłem najgorszy…
            - Wasza legenda ściągnęła tu tłumy – stwierdził zadowolony Gerard i przeleciał wzrokiem po trybunach. – Cudy świata koszykówki… tylko tu. Dobra z was reklama – uśmiechnął się do nas i poklepał po ramionach. – Do zobaczenia.
            Minął nas wyrazie szczęśliwy. Spojrzałem na Filipa, a blondyn wzruszył ramionami. Pożegnał się i odszedł porozmawiać z Dawidem. Kilkanaście minut później okazało się, że Gabriel przegrał z Arielem i tym samym ten drugi awansował do finału gdzie zmierzyć się miał z Elementaris.
            Nie było to dla nikogo zdziwieniem, że to właśnie Elementaris wygrali cały turniej i zdobyli Świąteczny Puchar.

***

            - Mamooo – pojawiłem się przy niej, wychylając zza stołu. Uniosła wzrok i pokręciła głową.
            - Czego chcesz?
            - Co za okrutne stwierdzenie! Czemu sądzisz, że od razu coś chcę?
            - Bo trzymasz na rękach Leo, a dobrze wiesz, że jego wielkie, błękitne oczy zawsze mnie do czegoś przekonują. – Pełna niezadowolenia wskazała na mnie wałkiem. – A więc, czego chcesz?
            - Tylko się nie denerwuj – odstawiłem psa na podłogę, a on podreptał do ojca, który właśnie pomagał mamie w kuchni. – Chciałbym móc zaprosić… Gabriela. Do nas.
            Moja mama zerknęła dyskretnie na męża. On wzruszył ramionami i jeszcze dyskretniej zrzucił Leo trochę mięsa.
            - Proszę! – złożyłem ręce jak do modlitwy. – Przecież możemy zjeść tutaj wigilijny obiad.
            - Zdajesz sobie sprawę jak to brzmi? Wigilijny obiad…
            - Dobra, wiem. Ale nie chcę, aby był sam ze swoją siostrą. Kolację mają jeść u babci, ale wiem, że to wiele by dla nich znaczyło – kontynuowałem i modliłem się, aby moje oczy wyglądały na coraz bardziej urocze. – Jeżeli raz zrobimy wyjątek Bóg nas nie skaże na piekło – zapewniłem.
            Mama zmrużyła oczy i myślała nad czymś intensywnie. Nie chciałem jej przeszkadzać bo prawdopodobnie właśnie planowała jak miałby wyglądać nowy plan Wigilii. Była spora szansa, że zgodzi się na moją propozycję. W końcu o kilku miesięcy wiedziała, że jestem w związku z Gabrielem. Na początku była w szoku, ale później się okazało, że jest całkiem przychylna ku temu. No i polubiła Gabriela, który przez większość wakacji wyciągał mnie na dwór, abyśmy pograli w kosza. Była to wielka odmiana po tym jak potrafiłem spędzać moje letnie dni w domu przed komputerem.
            Uznając, że Gabriel ma na mnie pozytywny wpływ, błogosławiła nasz związek. Dlatego teraz ciężko będzie jej odmówić.
            - Niech ci będzie. Zadzwoń i zaproś Gabriela i Olgę. Tylko niech się nie spóźnią! – dodała ostrzegawczo. Pocałowałem ją w policzek i pognałem do pokoju. Rodzice wymienili się zdumionymi spojrzeniami.
            Dopadłem telefonu i zadzwoniłem do mojego chłopaka. Usiadłem na parapecie przy moim wielkim oknie. Widziałem stąd blok Gabriela. Światło w jego pokoju było zapalone.
            - Halo? – odebrał. – Nat?
            - Cześć! – powitałem go podekscytowany. – Gabriel!
            - Tak, to moje imię. Jesteś strasznie…
            - Szczęśliwy?
            - Rozdrgany – skończył. – Co jest?
            - Zapraszam ciebie i Olgę na wigilijny obiad do mnie.
            W słuchawce panowała chwila ciszy.
            - No co ty, Nat…?
            - Spytałem się rodziców. Zgodzili się. Skromny wigilijny obiad razem z nami – próbowałem go nakłonić. – Potem was odwieziemy do waszej babci, ja pojadę do mojej. A w drugi dzień Świąt jestem twój.
            Gabriel milczał chwilę. Wiedziałem, że bardzo by chciał się tu pojawić, ale się wstydził.
            - Gabriel… - zacząłem spokojnie. – Proszę… chciałbym te Święta spędzić z tobą.
            - To na pewno nie będzie kłopot?
            - Nie. Moja mama się zgodziła. Poza tym lubi cię.
            Gabriel zaśmiał się cicho i westchnął.
            - No dobra. To będziemy. Dziękuję.
            - Świetnie! – uśmiechnąłem się. – Czekamy.
           
***

            Gdy nadeszła Wigilia z niecierpliwością czekałem na dzwonek do drzwi. Moja mama przygotowała stół przy którym kręci się Leo. Przez rok szczeniak wyrósł i już nie był takim małym husky. Ale nie zniknął ani gram jego uroku. Jego jasne, błękitne oczy dalej stanowiły łamacz serc.
            Mama przygotowała dla nas skromny poczęstunek na który, po całym dniu poszczenia, zerkałem łapczywie na stół. Koło trzeciej pojawili się Gabriel wraz z Olgą. Jego młodsza siostra przywitała mnie mocnym uściskiem.
            - Jesteś coraz silniejsza – wyznałem, rozcierając kark. – Słyszałem, że chodzisz na basen.
            - A chodzę! – przyznała pokazując ząbki. Jeden musiał jej niedawno wypaść.
            - Dobry wieczór – przywitał się Gabriel z moimi rodzicami i podał mojej mamie dwa pudełka z jedzeniem. – Nie chcieliśmy przychodzić z pustymi rękami…
            - Nie trzeba było – zapewniła moja mama. – Zapraszamy, zapraszamy.
            Gabriel i Olga zdjęli kurtki, a potem razem ze mną usiedli do stołu. Moja mama nałożyła na talerze to co przygotował Gabriel, który chwilę wcześniej dyskretnie wsunął pod choinkę kilka drobnych prezentów, aby nie widziała tego Olga. Ona jednak była zbyt zajęta witaniem się z Leo.
            Zasiedliśmy do wspólnego obiadu, a Gabriel dalej był skrępowany. Przestał, gdy moja mama zaczęła zachwalać jego rybę po grecku i uszka. Zarumienił się, ale wyjaśnił jak to zrobił, a ja uznałem, że to mega seksowne, że tak dobrze umie gotować. Powiedział, że zrobił jeszcze kilka innych rzeczy, ale obiecał je zanieść do babci, ale z chęcią ugotuje coś jeszcze.
            - A jak studia, Gabrielu? Słyszałam, że studiujesz dietetykę.
            Uśmiechnął się szeroko.
            - Bardzo dobrze. Dostałem się na dzienne i otrzymałem stypendium, także jest bardzo dobrze. Zajęcia ciekawe i fajne. Plan ułożony tak, że mogę odbierać Olgę ze szkoły… wszystko jest w porządku.
            - Cieszę się. Opowiedz więcej o tej dietetyce…
            Widziałem, że moja mama chce nakłonić Gabriela do rozmowy, aby poczuł się pewniej i spokojniej. W końcu nabrał odwagi, aby nawet żartować. Poza tym zachwalał przygotowane przez rodziców dania i poprosił o przepisy o ile to nie byłby problem. Moja mama została wtedy oczarowana i zapewniła, że nie ma problemu.
            A ja obserwowałem ich wszystkich. Nie mówiłem za dużo, ale cieszyłem się. Obserwowanie tego jak dobrze mój chłopak dogaduje się z moimi rodzicami w tak ważny dzień było dla mnie miodem na serce.
            Po kolacji razem z Gabrielem zanieśliśmy do kuchni naczynia i razem je umyliśmy.
            - I jak? – spytałem.
            - Jest bardzo fajnie – uśmiechnął się. – Nie myślałem, że jeszcze kiedyś będę spędzał święta w tak dobrym nastroju.
            Uśmiechnąłem się szeroko do niego.
            - Pojutrze też się spotkamy, prawda?
            - Oczywiście, że tak. Zapraszam do siebie. Ugotuję ci coś bardzo dobrego.
            Niestety nadszedł czas, abyśmy się rozeszli. Podwieźliśmy Gabriela i Olgę do ich babci, bo i tak mieliśmy po drodze. Odprowadziłem ich pod klatkę i pocałowałem się z Gabrielem na pożegnanie, a Olga zasłoniła oczy i chichotała pod nosem.
            - Wesołych Świąt, Gabrielu, Olgo.
            - Wesołych Świat, Nat.
            Wróciłem do samochodu i westchnąłem za moim chłopakiem. Pomachał mi na pożegnanie. Leo położył łeb na moich kolanach.

***

            Jeszcze nigdy tak nie czekałem na drugi dzień świąt. Zawsze mi było szkoda, że Boże Narodzenie dobiega końca, ale w tym roku pragnąłem nadejścia tego dnia jak żadnego innego. Nie stresowałem się nawet tak jak odbierałem matury.
            Zima się nie popisała w tym roku. Nie było za dużo śniegu, za specjalnie zimno też nie było. Ale Leo dreptał radośnie przy mnie i merdał ogonem. Pod pachą niosłem prezent dla Gabriela i Olgi. Miałem nadzieję, że im się spodobają bo spędziłem kilka ładnych godzin na wyborze.
            W mieszkaniu powitał mnie miły zapach obiadu. Leo uniósł łeb, a potem wyrwał się do kuchni.
            - Cześ… Leo! Leo, stop! – zawołał Gabriel.
            - Leo! – zawołałem za nim. Pies usiadł i oklapły mu uszy. – Dostaniesz później…
            - Cieszę się, że już przyszedłeś – uśmiechnął się do mnie Gabriel i pocałowaliśmy się na powitanie.
            - A gdzie Olga?
            - A moja kochana młodsza siostra postanowiła posiedzieć u swoich kuzynek i się bawić nowymi kucykami i lalkami – wyjaśnił. – Także mamy całe mieszkanie dla siebie.
            - Och – uniosłem jej prezent. – Przekażesz jej?
            - Jasne! Zostaw u mnie.
            Jego pokój nie zmienił się za bardzo poza tym, że stała tu mała choinka. Ale jak zwykle wszędzie walały się jego rzeczy do koszykówki, a łóżko było niepościelone. Otworzyłem okno, aby się przewietrzyło i wróciłem do Gabriela.
            - Zaraz coś ci dam – obiecał.
            - Poczekam, nie spiesz się.
            Po kilkunastu minutach, w ciągu których objął mnie w pasie i podniósł wysoko, abym mu podał przyprawy, podał obiad. Delektowałem się nim tak długo jak mogłem. Usiedliśmy u Gabriela i opowiadaliśmy sobie o naszych Świętach z rodzinami.
            Po skończonym obiedzie wręczyliśmy sobie prezenty. Ja kupiłem mu kilka akcesoriów dla koszykarza, w tym nową torbę, bo ostatnio urwał się w niej pasek. Ja z kolei dostałem trójwymiarowe puzzle, w które wpatrywałem się z gwiazdkami w oczach przez kilka minut.
            - Podoba się? – spytał.
            - Tak! – wypaliłem. – Nigdy takich nie składałem. To będzie ciekawe wyzwanie.
            - Wiedziałem, że to cię zajmie na jakiś czas – ujął mój nadgarstek na którym wisiał srebrny puzzle. – No i wiem jak kochasz puzzle.
            Pocałowaliśmy się.
            Następną godzinę leżeliśmy pod kocem i oglądaliśmy film w telewizji. Gabriel przygotował dla nas gorącą czekoladę, po której zapragnąłem się w niej kąpać po wieczność.
            - Jest… przepyszna – szepnąłem. – Czy jest coś czego nie potrafisz przygotować w kuchni?
            - Znalazłoby się kilka rzeczy. Chociaż, gdybym miał przepisy…
            - Właśnie! Moja mama ma dla ciebie kilka – sięgnąłem do torby i wyjąłem książkę. – Zapomniałem. Proszę – wręczyłem mu ją. – Ugotuj coś na najbliższe spotkanie. Sugeruję dania przy których narysowałem małego Leo.
            Zaśmiał się i przejrzał książkę.
            - Jasne. Nie ma sprawy. W najbliższym czasie jak tylko tu wpadniesz. Właśnie – odłożył książkę i zmarszczył czoło. – Dzwonił do mnie Filip. Zaprosił mnie na Sylwestra.
            - Ciebie też? Wow!
            - Myślałem, że się do siebie nie odzywamy. Myślałem, że Cuda się na siebie gniewają, ale…
            - Tak… - pokiwałem powoli głową. – Po śmierci Marka, Cuda już nie są takie cudowne. Rozmawiałem chwilę z Filipem podczas Turnieju. No i z Cyrusem, ale wiesz. Raczej na zasadzie grzeczności.
            Potarłem nos.
            - Co jest? – objął mnie mocno.
            - Tęsknię za tymi czasami. Koszykówka była czystą przyjemnością… Teraz daje złe wspomnienia. Co się z nami stało? Nawet się do siebie nie odzywamy…
            - Myślę, że potrzebujemy jeszcze trochę czasu. Byliśmy bardzo zżytą drużyną, a… bez Marka to nie to samo.
            Pokiwałem głową. Odstawiłem kubek z czekoladą i spojrzałem na Gabriela.
            - Chyba wiem o czym myślisz – westchnął.
            - Przejdziemy się?
            - Tak – pokiwałem głową.
            Zebraliśmy się i ubraliśmy ciepło. Powoli robiło się ciemno. Leo zostawiliśmy w domu, a we dwójkę ruszyliśmy na spacer. Nie mówiliśmy tego na głos, ale wiedzieliśmy gdzie się kierujemy. Dotarliśmy tam prawie półtorej godziny później.
            Bramy cmentarza wyglądały przerażająco, a palce się znicze były jedynymi wskazówkami jak iść. Gabriel wziął głębszy wdech.
            - Czuję się trochę jak w Opowieści Wigilijnej – wyznał, gdy szliśmy spokojnym krokiem. – Wiesz… ostatni duch przyszłych Świąt.
            - Okej, potrafisz zrobić nastrój – przyznałem.
            Cmentarz był pusty, a śnieg przylegał do marmurowych posągów. W końcu dotarliśmy do tej alejki, która latem wyglądała tak słonecznie. Minęło teraz raptem pół roku, a ja dalej czułem smutek.
            Gdy przypominałem sobie fenomenalne rzuty Marka. Gdy widziałem jego szczęśliwy uśmiech, jego iskrzące od radości oczy. Gdy przypominałem sobie jego dołeczki w policzkach i czarne, kręcone włosy, które nadawały mu wyglądu dziecka mimo muskulatury.
            - Ktoś tam jest. – Gabriel wyrwał mnie ze swoich wspomnień. Uniosłem wzrok. Faktycznie przy grobie Marka stały dwie ciemne postacie. Popatrzyliśmy po sobie z Gabrielem i unieśliśmy brwi.
            - Poznajesz?
            Gabriel wytężył wzrok i uśmiechnął się.
            - Tak. Poznaję.
            Jak tylko się zbliżyliśmy od razu poznałem te dwa cienie.
            - Cyrus. Ariel.
            We dwójkę zwrócili się ku nam przerywając temat. Cyrus obdarzył nas zaszczytnym spojrzeniem, a Ariel uśmiechnął się szeroko.
            - Nie spodziewałem się was – przyznał Cyrus.
            - My was też nie – stwierdził Gabriel. Podaliśmy sobie ręce, a potem murem stanęliśmy przed grobem. Wśród wielu zniczów dostrzegliśmy czarno-białe zdjęcie Marka. Wpatrywałem się w nie chwilę. Uśmiechnąłem się do niego.
            - Rozumiem, że i wam zrobiło się smutno i sentymentalnie? – spytał Ariel.
            - W ostatnią Wigilię Marek wydzwaniał do mnie kilka razy – uśmiechnąłem się do tych wspomnień. – Biedak tęsknił.
            - Cieszę się, że nosicie żółte frotki w trakcie waszych meczów – oznajmił Cyrus. – Zauważyłem to w trakcie Turnieju Świątecznego.
            - Gratuluję z okazji zdobycia Śnieżnego Pucharu – dodał Gabriel.
            - Dziękuję. – Cyrus skinął głową, a potem rozejrzał się. – Chyba ktoś zabrał naszą piłkę koszykarską, którą tu zostawiliśmy…
            - To było do przewidzenia – westchnął Ariel. – Może gdzieś to magazynują?
            - Nie wiem – pokręcił głową. – Jak wasze Święta?
            Zaczęliśmy luźną rozmowę o Świętach i opowiadaliśmy co się u nas działo. W międzyczasie, o dziwo, dołączyli do nas Filip z Dawidem. Wyglądali na równie zdziwionych co my, ale uścisnęliśmy się wszyscy mocno. Brakowało mi ich wszystkich, w tak luźnym nastroju. Co prawda otoczenie nie wskazywało na szczęśliwe pojednanie przyjaciół, ale z drugiej strony była w tym jakaś moc.
            Potem pogadaliśmy o Marku i jego fenomenalnej grze. Wspominaliśmy także nasze najzabawniejsze momenty, zwłaszcza w ośrodku sportowym.
            - Ach, Marku, Marku – westchnął Filip. – Pewnie się teraz z nas śmiejesz. Drugi dzień świąt na cmentarzu? Ty byś nas zabrał… na piwo. Albo na mecz.
            - Dobra, panowie… Wyglądamy jak sekta. Misja zakończona sukcesem. Może gdzieś pójdziemy? – spytał Dawid pospieszającym tonem.
            - To całkiem dobry pomysł – przyznał Cyrus. – Wiem, że nie jesteśmy już drużyną, ale może chcielibyście spędzić ten wieczór razem?
            - Zapraszam do siebie – zaproponował Gabriel.
            Popatrzyłem na niego z radością. Dobrze wiedział, że to fantastyczny prezent świąteczny dla niego i dla mnie. Reszta Cudów zgodziła się i chyba wszyscy chcieli się spotkać w ten chłodny, sentymentalny wieczór. Wiedziałem też, że towarzyszy nam Marek.
            Oddalaliśmy się od jego grobu, a ja cieszyłem się, że spędzę ten wieczór z przyjaciółmi. Jak się okazuje… w Święta zdarzają się Cuda.
            - Masz bardzo oddanych przyjaciół. – Starsza kobieta usiadła na ławeczce na przeciwko grobu. Położyła swoją pulchną dłoń na jego ramieniu. Objął ją i uśmiechnął się szeroko.
            - To piękne, prawda? – spytał Marek. Spojrzał na nią i wyszczerzył zęby. – Pani Wandziu, nie dowierzałem Natanowi, gdy mówił, że panią spotkał, ale widzę, że się myliłem.
            Kobieta zaśmiała się wesoło i otarła łezkę.
            - Och, Marku, Marku.
            - Kurczę! Pograłbym w kosza – wstał z ławki i przeciągnął się. Sięgnął po coś co leżało przy samotnym drzewie. Była to piłka do koszykówki z podpisami jego przyjaciół. Uśmiechnął się do niej, a potem rzucił piłką w stronę gałęzi, które układały się jak kosz. Oczywiście, trafił. – Tak jest!
            - Nawet po śmierci jesteś ośrodkiem optymizmu – zauważyła pani Wandzia i podeszła do niego. – Daj mi tę piłkę, pokażę ci jak się powinno grać!
            - Ho, ho! Da pani radę?
            - Jestem duchem. Nie mam już obolałych kości. Podaj no to, synku.
            Marek uśmiechnął się szeroko i rzucił jej piłkę.




____________________________________________________________________

            Wesołych Świąt!
            Z okazji Świat kilka obrazków dla Was :)
            I kliknijcie TUTAJ, aby przeczytać kilka komiksów o Natanie i Gabrielu. 
       

13 komentarzy:

  1. Cholera, znowu się popłakałam...
    Po pierwsze: tęsknię za tym opowiadaniem :( Ono było i jest mistrzostwem!
    Wow! Mecze... Scena w łazience :D Filip... Nigdy się nie zmieni xD
    Wigilia - świetnie, że Gabriel i Olga spędzili ją z Natanem i jego rodzicami! Przynajmniej nie myśleli o swoich...
    Drugi Dzień Świąt - Leo już się chciał poczęstować pysznościami Gabriela :D Z prezentami chłopaki trafili idealnie <3 Potem to wyjście na cmentarz i spotkanie całej drużyny <3
    No i końcówka <333333 Cudownie było czytać o Marku, mimo, że duchu <3
    Ha! Jednak Pani Wandzia to duch :D I umie grać w koszykówkę :D
    ŚWIETNE!!! Nie żałuję tego zakładu. Może jeszcze jeden? :D

    OdpowiedzUsuń
  2. A! I Wesołych Świąt, Autorze! Niech będą tak udane, jak Święta Natana i Gabriela :)
    Rodzinne, szczęśliwe. I... Udanego Sylwestra! :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Wesołych Świąt Autorze! :D
    bonusik fajny chociaż smutawo się zrobiło jak sobie przypomniałam o śmierci Marka

    OdpowiedzUsuń
  4. O jeeeej! Jaki uroczy ten odcinek. Smutny też, z powodu Marka. Aż mi z czasem się zrobiło jakoś tak gorzej. Boż... Przeżywam, jakby naprawdę był moim przyjacielem (kolejny dowód na to, że masz wspaniały dar pisania i nie ma, że nie! :D).
    Nie chce się uwierzyć, że to koniec tej opowieści. Kiedy tak sobie to czytałam to wszystkie ich wcześniejsze przygody stanęły mi przed oczami i miałam ochotę jeszcze raz przeczytać to opowiadanie, ale to już nie byłoby tak samo, jak za pierwszym razem. Ostatnia scena z duchami Marka i pani Wandzi. Cudowne, serio. A no właśnie, co do duchów. Wierzysz w nie? Ja wierzę i dlatego czasami mam pietra chodzić po ciemnym korytarzu w domu ;<. To strasznie, kiedy wyobraźnia sprawia, że przed oczami pojawiają się wszystkie horrory jakie do tej pory przeczytałeś. Brr...
    Już Ci złożyłam świąteczne życzenia na PiR i to całkiem spore, ale nie wypada tak nic nie napisać. No więc: Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku! no chyba, że coś jebutnie i będzie THE END OF THE WORLD. Miejmy nadzieje, że nie, bo ja jeszcze nic z życia nie użyłam, cholera xD.
    Tak czy siak... Jakoś to będzie :)
    Pozdrawiam! :*

    OdpowiedzUsuń
  5. Autorze! Bonusowy rozdział bardzo fajny :) ostatnia scena - mega! pozdrawiam i wesołych świąt :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Zdecydowanie za szybko się skończył :( Ale dobze napisany, emocjonalny i taki ciepły, człowiek ma wrażnie, że wszystko jest na właściwym miejscu, jednak ja sie póxniej okazało, nie jest:(
    Dzięki wielkie za bonusa,
    DominikaLem

    OdpowiedzUsuń
  7. Rewelacyjny ten bonus.;) Bardzo dobrze się go czytało. I zgadzam się z powyższym komentarzem: szybko się skończył.:( A i jeszcze coś mi się nie klei, bo przecież Natan i Gabriel zerwali ze sobą, a tu są razem? Chyba, że ja coś pominęłam? Anaisse

    OdpowiedzUsuń
  8. Ten bonus wpłynął na mnie strasznie nostalgicznie. Po przeczytaniu, kilka dni temu, jakoś ciężko było mi skleić jakikolwiek komentarz. Bo w życiu chyba każdego z nas jest taki Marek. Istnieje ktoś kogo nam brakuje, niekoniecznie jest to osoba, która odeszła dosłownie - jak jeden z bohaterów BE. Ale zmierzam do tego, ze Święta to jest taki czas, kiedy brak tej osoby zaczyna doskwierać znacznie silniej, kiedy jej nieobecność jest tak dobitna, ze czasami ciężko to znieść. Jednak, Boże Narodzenie to także czas, w którym giną wszelkie spory i konflikty, oraz w którym więzi pomiędzy ludźmi zacieśniają się. I to jest chyba ta magia.
    Rozdział bonusowy był - typowo dla Ciebie - bardzo dobry. BE to pierwsze z Twoich opowiadań, które mnie zainteresowało i pierwsze, w którym moja sympatie wzbudził zdecydowanie mocniej bohater drugoplanowy niż główny. Nie mam pojęcia jak mogę to skomentować... podoba mi się, po prostu. Jako ze udzielił mi się nastrój, tutaj będę skladac Ci życzenia świąteczne, wiec ode mnie:
    ciepłych, rodzinnych Świąt wypełnionych miłością, radością, niosących spokój i odpoczynek oraz Nowego Roku, który spełni Twoje wszelkie marzenia, będzie pełen optymizmu, wiary i szczęścia.
    M.

    OdpowiedzUsuń
  9. Hej! Przed chwilą powstała nowa grupa dla fanów Yaoi na Facebooku. Dołącz się i promuj na niej swojego bloga aby zgromadzić więcej czytelników! Każdy nowy członek mile widziany!
    http://www.facebook.com/pages/YAOI/540607512631019?ref=stream
    Z góry przepraszamy za spam.

    OdpowiedzUsuń
  10. Bonus bardzo mi się podobał, jak całe opowiadanie :) Brakowało mi Nataniela, Gabriela, Filipa, Cyrusa i reszty gromadki. Tylko jednego nie czaję, to są święta przed ich zerwaniem, tak? Czy jak to było? :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akcja tej części dzieje się przed zerwaniem chłopaków. Można ją wstawić w epilogu między listopad Gerarda, a grudzień Bazylego ;)

      Usuń
  11. O mój Boże. Tak bardzo sentymentalny nastrój!
    Wszystko było takie... Mogłam to sobie dokładnie wyobrazić.
    Każdy fragment tego bonusu.
    Świąteczna, skłaniająca do przemyśleń atmosfera i ta końcówka!
    Miałam mieszane uczucia co do tego.
    Przede wszystkim było mi nieco smutno, nostalgicznie, a na końcu nawet mi się w kąciku łezka zakręciła choć się uśmiechałam.
    Świetne.
    ~Zołza

    OdpowiedzUsuń
  12. Ta końcówka... była naprawdę przepiękna. Czasami ja coś czytam, to ze wzruszenia czuję taki ścisk. Zawsze, gdy myślę o tym opowiadaniu on mnie nie opuszcza. Jak czytałam ten rozdział, to ścisk był jeszcze mocniejszy... ♥

    OdpowiedzUsuń